Szukaj na tym blogu

niedziela, 24 marca 2019

Ken Kesey – „Lot nad kukułczym gniazdem”

Opis:


Lot nad kukułczym gniazdem, genialny debiut Kena Keseya, rozszedł się w samych tylko Stanach Zjednoczonych w nakładzie 10 milionów egzemplarzy.

Nakręcony na jego podstawie film Miloša Formana – z niezapomnianą kreacją aktorską Jacka Nicholsona – zdobył 5 Oscarów.

McMurphy, szuler, dziwkarz i zabijaka, udaje wariata, żeby wykpić się od odsiadywania wyroku. Pobyt w szpitalu psychiatrycznym wydaje mu się dobrym żartem. Do chwili, gdy dowiaduje się, że nie odzyska wolności, dopóki nie uznają go za wyleczonego. Decyzja należy do Wielkiej Oddziałowej, z pozoru uosobienia słodyczy i dobroci, w rzeczywistości sadystki znęcającej się nad pacjentami.
McMurphy, który buntuje przeciwko niej chorych, nagle zdaje sobie sprawę, że jeśli się przed nią nie ukorzy, nie opuści szpitala. Czy da się pokonać bezdusznemu Kombinatowi?
https://www.wydawnictwoalbatros.com/ksiazki/lot-nad-kukulczym-gniazdem-2/

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)


W marcu powracam z książką przeczytaną na Dyskusyjny Klub Książki. Tytuł oczywiście był mi znajomy, ale tak jak w wielu innych przypadkach, po ten klasyk nie miałam okazji wcześniej sięgnąć. Lot zaczęłam czytać znacznie wcześniej niż zaplanowane spotkanie DKK z obawy, że tematyka będzie przytłaczać. Nic bardziej mylnego. Kiedy przyzwyczaiłam się do specyficznego sposobu opisu i prowadzenia narracji, z każdą kolejną stroną czytało mi się coraz lepiej.
Nie daje zresztą personelowi poznać, że mu to cokolwiek przeszkadza – nic bowiem tak nie irytuje ludzi, którzy chcą ci obrzydzić życie, jak to, że zachowujesz się, jak gdybyś tego nie zauważał.
Nawet nie przeszkadzały mi te fragmenty, które suche i techniczne, niczym opis maszynerii, przybliżały czytelnikom proces leczenia według tzw. „Kombinatu”. W moim odczuciu tę budzącą strach instytucję możemy pojmować bardzo szeroko jako państwo i jego prawa, której elementem jest służba zdrowia. A także jako społeczeństwo, od którego mieszkańcy oddziału psychiatrycznego się izolują. I ten dobór słów nie jest tutaj przypadkowy, ponieważ większość pacjentów jest w zakładzie z własnej woli.
– Chcesz mi powiedzieć – mówi i nasłuchuje przez moment – że biorą tam faceta i puszczają mu prąd przez czaszkę?
– Trafnie ujęte.
– Po jakie licho?
– Dla jego dobra, oczywiście. To wszystko robi się dla dobra pacjentów. Przebywając wyłącznie na naszym oddziale, można odnieść wrażenie, że szpital to ogromny, precyzyjny mechanizm, który funkcjonowałby bez zarzutu, gdyby usunięto z niego pacjentów; prawda jednak wygląda inaczej. Elektrowstrząsy też nie są zamierzone jako środek represyjny – choć tak właśnie posługuje się nimi nasza oddziałowa – i zwykle personel nie stosuje ich z pobudek wyłącznie sadystycznych. Pewna liczba pacjentów uznanych za nieuleczalnie chorych odzyskała zmysły właśnie dzięki elektrowstrząsom; lobotomia też pomogła niejednemu. Kuracja wstrząsowa ma swoje zalety: jest tania, szybka i zupełnie bezbolesna. Wywołuje po prostu napad padaczkowy.
Bohaterów „Lotu nad kukułczym gniazdem” możemy podzielić na biernych, którzy dają się prowadzić silnemu przywództwu, i aktywnych – w tym przypadku na czoło wysuwają się Wielka Oddziałowa i McMurphy. Dwie silne osobowości, dwa przeciwieństwa, które nie mogą wzajemnie ze sobą koegzystować. Walka między nimi staje się bodźcem dla reszty pacjentów, udowadniając, że czasem warto wyjść ze swojej skorupy i strefy komfortu.

Zdecydowanie polecam!

środa, 27 lutego 2019

Joanna Bator – „Japoński wachlarz. Powroty”

Opis:


„Dziesięć lat temu trafiłam do kraju, o którym nigdy nie marzyłam i o którym nie wiedziałam wiele. Tamta podróż wydawała się być jednorazową przygodą, piękną, ale nieznaczącą, którą los ofiarował mi na życiowym rozdrożu w jednym z niewiarygodnych zbiegów szczęśliwych okoliczności. Wiem, że z różnych powodów podobna wyprawa już mi się nie przydarzy, dlatego wspominam ją z czułością i nostalgią. Jej zapisem jest „Japoński wachlarz", którego nową wersję oddaję czytelnikom do rąk. „Japoński wachlarz. Powroty", przewodnik osobisty i subiektywny, pozostaje tym, czym był od początku: kolekcją obrazków z podróży kreślonych wzorem zuihitsu, czyli „tak, jak pędzel prowadzi"." Joanna Bator (ze wstępu)

Joanna Bator uzupełniła książkę o nowe doświadczenia, w tym także o trzęsienie ziemi, jakie przeżyła w Tokio 11 marca tego roku, najpotężniejsze od czasu, gdy zaczęto je dokumentować.
 

Moja ocena: Bardzo dobra (****)


Na lutowy Dyskusyjny Klub Książki wybraliśmy bardziej egzotyczny kierunek naszej literackiej podróży, która zawiodła nas do Kraju Kwitnącej Wiśni, widzianego oczami Joanny Bator. Jak się okazało, była to podróż bardzo subiektywna, sentymentalna i naładowana dużym ładunkiem emocjonalnym, która dostarcza nam ciekawych informacji o Japonii.
W ręce ściskałam zupełnie nieprzydatny na początku atlas Tokio. Na moje oko każda strona wyglądała tak, jakby mapę europejskiego miasta ktoś pociął w niszczarce do dokumentów i posklejał na chybił trafił. 
Takie właśnie jest Tokio: jak Barbie i jak gejsza. Nie można jednak ufać swoim oczom, bo może się okazać, że piękność kusząca nasz wzrok to tak naprawdę mężczyzna w przebraniu kobiety. Albo kobieta udająca mężczyznę w przebraniu kobiety. Albo zupełnie na odwrót. 
Japończycy wolą naturę w jej przetworzonej i podporządkowanej człowiekowi formie i wtedy dopiero mogą ją ewentualnie „kochać”, co i tak znaczy coś innego w monsunowym kraju tak narażonym na naturalne katastrofy jak Japonia.
„Japoński wachlarz. Powroty” to ładnie zebrany i spleciony ze sobą zbiór wspomnień. Czuć w nim, że autorka z przyjemnością wraca myślami do swoich wyjazdów. W tym przypadku emocje nadają całej historii baśniowej otoczki. Autorka próbuje nie oceniać negatywnie żadnych doświadczeń, traktując je jako przygodę. I jednocześnie można wziąć to jako zaletę książki i jej wadę. Z jednej strony ta „bajkowość” zapewnia nam przyjemne doznania, kolejne części czyta się szybko, jest to idealna lektura na deszczowe popołudnie. Z drugiej można odczuć, że wszystko za ładnie się układa, że widzimy głównie pozytywne aspekty. Choć zdarzają się drobne i nieco kąśliwe szpileczki wbijane w mentalność i zachowanie Japończyków, autorka jest daleka od ich oceny.
W Japonii dorosłość utożsamiana jest ze społeczeństwem, społeczeństwo zaś przede wszystkim z opresją, koniecznością kompromisów i rezygnacją, a nie z emancypacją, sukcesem i władzą, charakterystycznymi dla modelu zachodniego. 
Na zawsze pozostać dzieckiem, schronić się w bezpiecznym zakątku matczynych ramion, nie ponosić odpowiedzialności, dać się kochać i za nic, za nic w świecie nie dorastać – to pragnienie, które jak twierdzą niektórzy badacze, nadaje kierunek współczesnej Japonii.
W moim odczuciu książka z pewnością ma walory dla kanapowego turysty tak egzotycznych krajów. Jest zbiorem licznych ciekawych informacji. Bator czasami nawet stara się może nie tyle walczyć, ile podważać romantyczne wyobrażenia mieszkańców „Zachodu” na temat Japonii. Jednak tak jak i w innych przypadkach, nic nie zastąpi bezpośredniego poznania. Bator kupiła mnie swoją bajkowością: przeżyciami i opowieściami swoimi i japońskich znajomych, tak jak wcześniej Karolina Bednarz swoją bezpośredniością i wyciąganiem „brudów” przy okazji „Kwiatów w pudełku”. Te dwa tak różne spojrzenia mimo wszystko udowadniają, że nic nie jest czarne albo białe. Lub różowe i słodkie – kawaii.

Reżyser filmu o gejszy Sayuri mówi, że jego ambicją było pokazanie „piękna, radości i smutku” świata gejsz, bo ludzie Zachodu nie wiedzą, „kim naprawdę są” te kobiety. Tymczasem również większość Japończyków nie potrafi powiedzieć, na ile obraz rzeczywistości pokazany w Wyznaniach gejszy jest wiarygodny. W postaci szarookiej gejszy Sayuri dostajemy bajkę opowiedzianą tak, jak robi to Hollywood, nigdy niestroniący od klisz, uproszczeń, egzotyzacji i erotyzacji w przedstawianiu innych kultur. Rzeczywiste dramaty kobiet, zamkniętych w fałszywym romantycznym wizerunku, pozostaną nieopowiedziane.

Amerykańska antropolożka Lisa Dalby porównywała gejszę do drzewka bonsai, ale metaforę tę można odnieść do japońskiej idei kobiecości w ogóle; tak jak gejsza „przycinana” i „naginana” była do ideału „kobiety rozrywkowej”, tak każdą inną osobę płci żeńskiej wychowywano na „kobietę domową”. Obie – choć w inny sposób – miały służyć mężczyźnie: pierwsza w domu, druga poza nim.

Zdecydowanie polecam!

środa, 20 lutego 2019

Trudi Canavan – „Obietnica Następcy”


Opis:

Prawo Milenium, #3


Trzeci tom serii fantasy „Prawo Milenium” autorki światowych bestsellerów Trudi Canavan.

Od konfrontacji buntowników z Raenem minęło pięć lat. W tym czasie Qall, chłopiec ocalony przez Rielle, bezpiecznie dorósł wśród Podróżników, a Tyen znalazł sobie nowy dom i ukrył się przed ludźmi, którzy okrzyknęli go zdrajcą i nazwali Szpiegiem.

Pięć lat chaosu, nad którym Baluka i Odnowiciele ledwie byli w stanie zapanować. Wszędzie toczą się wojny, niektóre światy zostały opanowane przez machiny wojenne, inne pozbawili mocy magowie pragnący nieśmiertelności.

W czasach gdy wojna zagraża z trudem wypracowanemu przez Rielle i Tyena pokojowi, a Qall wkracza w dorosłość, lojalność zostanie poddana próbie. Złożone obietnice mogą wszystko zmienić. Zależy od nich życie Qalla.

Dahli ma bowiem możliwość przywrócenia władzy Raenowi i nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swój cel.

 

Moja ocena: Bardzo dobra (****)


W końcu wracam z kolejną recenzją! I to recenzją książki autorki, którą bardzo lubię. Muszę przyznać, że do Trudi Canavan zawsze odczuwam pewnego rodzaju sentyment i po jej kolejne wydawnictwa sięgam w ciemno. Przy okazji „Obietnicy Następcy” podjęłam się dodatkowo trudnej misji dokończenia serii rozpoczętej jakiś czas temu. Jestem osobą, która czyta serie z przerwami (bo czytane tomy jeden po drugim potrafią mnie znudzić) i często okazuje się, że okresy między jedną a drugą książką rozrastają się do niebotycznych rozmiarów. W takim przypadku najczęściej zapominam, co działo się w poprzednich tomach, a że jestem osobą leniwą... No cóż, nie zaczynam czytania od początku, tylko liczę, że w miarę rozwoju opowieści wszystko sobie przypomnę. Taki mój czytelniczy grzech. ;)
– Może ludzie powinni przestać liczyć na to, że ktoś ich ocali (...). – Może powinni sami zająć się rozwiązywaniem własnych problemów.
Kiedy zaczęłam czytać Obietnicę, nie tylko szybko wciągnęłam się w przedstawianą historię, ale z każdą kolejną stroną przypominałam sobie coraz więcej. Autorka mimowolnie przypomina ważniejsze wątki fabularne dwóch poprzednich tomów, co tylko działało na moją korzyść. Trzeba zaznaczyć, że cała seria jest bardzo spójna, ale i wielowątkowa. Na szczęście Canavan jest jedną z tych pisarek, które nie gubią się w swoich własnych opowieściach. I wie, które momenty najlepiej nam przypominać.
Wszyscy zmieniamy się w miarę upływu lat. Nieustannie ewoluujemy, stajemy się innymi ludźmi. Wierz mi, że zupełnie nie jestem podobny do człowieka, którym byłem w twoim wieku, i wcale nie przeszkadza mi to aż tak, jak mogłoby się wydawać. Możesz zmienić się w kogoś zupełnie innego, ale to nie znaczy, że na gorsze.
„Obietnica Następcy” kontynuuje dobrą passę serii. Znajduje się w niej wszystko, do czego autorka zdążyła nas już przyzwyczaić. W mojej ocenie główną zaletą tej książki, jak i całego cyklu, jest głębsza historia ukryta pod płaszczykiem fantazji i magii. To opowieść o ludzkich wyborach, moralności człowieka i świecie, który nie jest czarno-biały.
– Wszystko, co robimy, jest egoistyczne. (...) Kiedy decydujemy się kogoś ocalić, to dlatego że chcemy czuć się w porządku wobec samych siebie. Kiedy podejmujemy decyzję, kierując się względami moralnymi, to dlatego że przekonaliśmy samych siebie lub pozwoliliśmy, by ktoś nas przekonał, że nasza moralność jest lepsza od innych. Ale nasz egoizm to w pewnym sensie ochrona samego siebie.
Nie udałoby się osiągnąć takiego efektu, gdyby nie interesujący i wielowymiarowi bohaterowie. To właśnie ich oczami obserwujemy rozgrywające się wydarzenia. Towarzyszymy im w trudnych wyborach i oceniamy ich skutki. Większości postaci kibicowałam, inne próbowałam zrozumieć. W końcu wszyscy mieli swoją rolę do odegrania.
– Nie słyszałam o kimś, kto przeszedłby przez życie nie robiąc sobie wrogów. (...) Możesz najwyżej zadbać, by wrogom nie podobało się to, że jesteś dobrym człowiekiem.
Będę polecać Wam Trudi Canavan, ponieważ jestem stronnicza. Autorka już dawno temu kupiła mnie Trylogią Czarnego Maga i tak już zostało. Pisze powieści, które wpadają w mój gust i wyobrażenie o dobrej fantastyce, dlatego przymykam oko na niedociągnięcia, gdy się takie pojawiają. Częściej jednak zupełnie nie zwracam na nie uwagi, skupiając na rozgrywających wydarzeniach i przekładaniu kolejnych stron.

Ps. Pisząc tę recenzję, dowiedziałam się, że autorka przygotowuje kolejną część Prawa Milenium! Chociaż w tej chwili jestem na bieżąco. xD

środa, 23 stycznia 2019

Fuminori Nakamura – „Dziecko z ziemi”

 

Opis:


Mrocznie melancholijna opowieść Fuminori Nakamury – zwycięzcy nagrody im. Akutagawy – pogrąża nas w otchłani pełnej krętych ścieżek, niespokojnej psychiki młodego człowieka.

Cyniczny narrator bez imienia rzuca pracę sprzedawcy, by zostać taksówkarzem w Tokio. Pewnego dnia bez konkretnych przyczyn zaczyna walkę z grupą motocyklistów i zostaje mocno pobity.

Następnie dowiaduje się, że jego ojciec jeszcze żyje (on sam został porzucony przez rodziców) i zaczyna rozmyślać, jak wyglądałoby jego życie, gdyby dano mu szansę normalnie dorastać. Krok po kroku Nakamura zdradza coraz więcej szczegółów, sprawiając, że bohater, który na początku wydaje nam się dziwny, staje się nam coraz bliższy. Wartka akcja prowadzi do finału, w którym wyjaśnia się też znaczenie tytułu utworu – Dziecko z ziemi.

 

Moja ocena: Dobra (***)

Niedługo potem ich przemoc się zaostrzyła, ale wcale nie tak, że dołożyli starań i wymyślili dla mnie jakieś nowe metody. Po prostu używali więcej siły. On korzystał głównie z własnych rąk i nóg, ona czasami jeszcze z rury do odkurzacza i żelazka. Najbardziej ze wszystkiego nie mogłem wtedy znieść znudzenia na ich twarzach.
„Dziecko z ziemi” nie jest moją pierwszą azjatycką książką, ale z pewnością jedną z najcięższych. Choć ta cienka książka wydaje się niepozorna, mówi o problemach egzystencjalnych i przytłacza atmosferą. W dodatku ma w sobie coś, co zawsze kojarzy mi się z książkami z Dalekiego Wschodu – dość specyficzne podejście do życia. Trzeba również zwrócić uwagę na przedstawianie świata, które czasem bardziej przypomina sen (lub narkotyczną wizję) niż jawę – tutaj efekt ten powodują przeskoki między aktualnymi wydarzeniami i przeszłością.
Zrobiło się strasznie. Stanąłem w miejscu. Lęk wypełniał mnie, jakby zyskał wolną wolę. Może pragnąłem śmierci? Może mnie przyciągała i stąd te wszystkie dziwactwa, które ostatnio robiłem?
Powieść Nakamury porusza poważny temat wpływu przemocy na dorastanie dziecka. Autor za pomocą swojego głównego bohatera pokazuje, jakim człowiekiem może stać się ktoś skrzywdzony w dzieciństwie. Tym bardziej zmienia się jego postrzeganie, jeśli doznaje przemocy ze strony własnej rodziny, która jest dla większości symbolem bezpieczeństwa i miłości. Japoński pisarz przedstawia jeden z najgorszych scenariuszy, kiedy ból i cierpienie mogą określać „normalne” życie, a radość staje się czymś obcym i budzącym niechęć.
Kiedy człowiek chce użyć przemocy, wybiera słabszych od siebie. Wie, że ze słabszym może wygrać, dlatego. Ludzie to tchórze.
„Dziecko z ziemi” jest naprawdę interesującą lekturą, ale wydaje mi się, że ten typ literatury jednak nie jest dla każdego. Nie jest to optymistyczna, lekka powieść na poprawę humoru. Wręcz przeciwnie. Ukazuje te mroczne strony życia, których najczęściej staramy się unikać. Dlatego polecam ją wszystkim, którzy nie boją się trudnych tematów!

środa, 9 stycznia 2019

Annie Proulx – „Kroniki Portowe”


Opis:


Kroniki portowe to opowieść o człowieku, który na zapomnianej wyspie odnajduje swoją tożsamość i odzyskuje utracone w dzieciństwie poczucie własnej wartości. To także rozgrywająca się na surowych, mroźnych wybrzeżach Nowej Fundlandii historia o tym, że do odwrócenia kolei losu nie zawsze trzeba wielkich rewolucji, tylko wystarczy dać się ponieść sprzyjającym nurtom.


Moja ocena: Oby więcej takich (*****)


Pierwsza książka w nowym roku, choć czytana z myślą o kolejnym klubie książki. Dlatego „Kroniki portowe” zaczęłam czytać już pod koniec 2018. Po pierwsze miała na to wpływ „przewidywana” atmosfera powieści. Nowa Fundlandia to dla mnie synonim smaganej wiatrem wyspy, którą zamieszkują tylko najwytrwalsi. Jej mieszkańcy żyją w zupełnie inny sposób i czas mija im zdecydowanie wolniej. Dlatego często okazuje się, że powieści poświęcone tej tematyce są bardziej nostalgiczne, niespieszne i przejmujące. Po drugie brzydka pogoda za oknem pozwalała mi łatwiej wczuć się w ten klimat.
Nie widziała tych wód od czasów, kiedy była małą dziewczynką, lecz natychmiast powróciły wspomnienia: hipnotyczne wrzenie morza, zapach krwi, wiatru i soli, rybich głów, świerkowego dymu i potu, grzechotanie kamieni niesionych przez syczącą falę, nurzyki, smak rosołu, sypialnia tuż pod dachem.
„Kroniki portowe” już od pierwszych stron zaczęły przyciągać mnie w niemal enigmatyczny sposób. Autorka nie tylko oddała charakter Nowej Fundlandii, ale zrobiła to bardzo przystępnie. Z jednej strony zrobiło się nostalgicznie, z drugiej zaś napięcie rozładowywał specyficzny humor. Jest to słodko-gorzkie połączenie. Jednak w żadnym momencie nie poczułam, że Kroniki mnie przytłaczają, że z różnych powodów nie mogę czytać dalej. Wręcz przeciwnie, czułam, jak lektura bardzo mnie odpręża.
W łowieniu jest coś, czego nie da się opisać. Za każdym razem, kiedy wyciągasz sieci, jest tak, jakbyś otwierał prezent. Nigdy nie wiesz, co w niej znajdziesz, czy wzbogacisz się, czy pójdziesz z torbami, czy będziesz panem, czy dziadem.
Mocną stroną powieści z pewnością są bohaterowie. Główny bohater, Quoyle, z początku wydaje się nie pasować do społeczności, w której żyje. I jeśli dłużej się nad tym zastanowić, jest to postać bardzo uniwersalna, z którą każdy w pewnym momencie swojego życia mógł, może lub będzie mógł się utożsamić. Dopiero pewne zawirowania sprawiają, że wraca do ojczyzny swoich przodków. I wtedy dzieją się dwie rzeczy: nie dość, że pasuje tam jak ulał, jakby miał niektóre rzeczy we krwi, oraz zaczyna wreszcie poznawać smak życia. Choć główny nacisk kładzie się na Quoyle'a, to za każdą postacią kryje się jakaś historia.
Wypływa w morze, które pochłonęło jego ojca, dziadka, dwóch braci, najstarszego syna i prawie uśmierciło najmłodszego. Takie postępowanie przytępia ból, ponieważ dostrzegasz, że twoja sytuacja nie jest wyjątkowa, że inni cierpią tak samo jak ty. W tym starym powiedzeniu, że niedola lubi towarzystwo, jest trochę prawdy. Łatwiej jest umrzeć, widząc, że dookoła inni też umierają.
Zdecydowanie polecam! Kroniki portowe to kawał dobrze napisanej książki, którą można czytać dla rozluźnienia, żeby naładować się pozytywną energią. To historia, w której kibicuje się głównemu bohaterowi, życząc jak najlepszego zakończenia. A jakie ono jest? Trzeba przekonać się samemu!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...