Szukaj na tym blogu

niedziela, 23 lutego 2020

Tomasz Michniewicz – „Chrobot”


Opis:


Siedem podróży w czasie. A ponieważ czas dany nam jest jako pamięć, będzie to siedem podróży przez siedem pamięci siedmiu zwykłych ludzi. Niby ten sam świat i te same czasy, ale widziane z różnych perspektyw – mieszkańca Ugandy, USA, Kolumbii, Indii, Finlandii, Zimbabwe i Japonii.

Siedem opowieści zwykłych ludzi o problemach, wyzwaniach, szansach i możliwościach. Ich zestawienie uświadamia, jak wiele zależy od tego, czy miało się szczęście urodzić się tu, a nie gdzieś indziej.

Siedem ludzkich historii i jedna próba odpowiedzi na pytanie, po co to wszystko.

Najnowsza książka nagradzanego reportażysty Tomasza Michniewicza to niezwykłe połączenie zapisu osobistych historii i wnikliwego spojrzenia na globalne problemy współczesnego świata. Autor w niezwykle plastyczny i wiarygodny sposób pokazuje świat takim, jak widzą go bohaterowie, zmuszając do refleksji nad kondycją człowieczeństwa.

 

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)


W tym miesiącu na Dyskusyjny Klub Książki trafił się nam „Chrobot”. To reportaż, w którym obserwujemy losy kilkorga dzieci z różnych krajów, o innych kolorach skóry, odmiennej codzienności i problemach. Poruszone zostają w nim tematy od błahych po naprawdę poważne. Młodzi bohaterowie stają się dla czytelnika pryzmatem, przez który patrzy na to samo zagadnienie z różnych punktów widzenia.
– Biali tak kochają swoje psy, że śpią z nimi w jednym łóżku. Z czarnym nigdy by tak nie zasnęli. Gdy ich czarny pracownik choruje, pozwalają mu najwyżej pojechać do lekarza. Ale gdy zachoruje ich pies, wiozą go do weterynarza, płacą setki dolarów za leczenie. Nawet gdy kogoś podrzucają samochodem, czarny siedzi na pace z tyłu, a w kabinie siedzi pies.
Pies
Jesteśmy dla nich gorsi niż psy.

Biali Zimbabwejczycy - ludzie „pomiędzy”. Już nie biali okupanci, ale też nie Afrykanie. Obcy dla wszystkich. Niby u siebie, na swojej ziemi, ale zrabowanej kiedyś innym. W kraju zbudowanym od podstaw przez białego człowieka, ale czarnymi rękami i batem na czarnych plecach.
Obserwujemy ich życie przez niemal 30 lat. Od dzieciństwa po wchodzenie w dorosłość. I choć książka przedstawia życie najzwyklejszych ludzi świata, na naszych oczach stają się oni symbolami: determinacji, dobra, szczęścia czy bezpieczeństwa, i można by tak wymieniać dalej, ponieważ książka porusza wiele motywów. W moim odczuciu nie jest jednak górnolotna czy idealistyczna. Owszem, stajemy się świadkami małych zwycięstw, ale równie często pojawiają się w życiu bohaterów porażki. Takie zestawienie krajów i osobowości pozwala wysnuć morał, że choć bardzo byśmy tego chcieli, nie wszyscy mają równy start i żaden kraj, choćby najbogatszy, nie jest mlekiem i miodem płynący.
Wiersz z XVII wieku ma ustaloną interpretację, nie ma powodu szukać innej. Nauczyciel wie, co autor miał na myśli. Interpretacja wiersza nie różni się od wyniku równania. Tylko jeden może być prawidłowy. Każda inna odpowiedź to ujemne punktu na teście.
Wybór autora zestawiający ze sobą osoby z krajów bogatych i biednych służy podkreśleniu zasadniczych różnic między nimi, wynikających właśnie ze stanu materialnego. W tym miejscu wydaje mi się jednak, że podobny efekt można by osiągnąć, zestawiając siedem osób z jednego kraju. Ile osób, tyle historii. Jednak zestawienie użyte w „Chrobocie” ma swój konkretny cel, pozwala bowiem autorowi na poruszenie większej ilości tematów w szerszym kontekście m. in. wojen, konfliktów rasowych, presję pieniądza.
Kolumbijczycy nie narzekają. Wiele innych narodów narzeka z uporem, jakby to była ciężka praca. Może czują, że tym narzekaniem zmieniają coś na lepsze. Kolumbijczycy wolą się dobrze czuć z tym, co jest. Mają niewiele, ale do mistrzostwa opanowali sztukę zadowolenia z tego stanu posiadania. Słowo „wystarczy” mogłoby być ich narodowym mottem. Nie będą żyć wściekli. Na złość szkoda życia.

Wszyscy mają równe szanse na mierne życie, niewielkie na dużo lepsze. Jak się już urodzisz w niewłaściwym miejscu, niełatwo coś zmienić.
Zdecydowanie polecam! Książkę czyta się szybko i przyjemnie. W dodatku porusza ona ważne kwestie w bardzo przystępny sposób. Mam wrażenie, że każdy może znaleźć w „Chrobocie” coś dla siebie, ponieważ część opowieści jest uniwersalna i niezależna od koloru skóry czy narodowości.

czwartek, 13 lutego 2020

Ismet Prcić - „Odłamki”


Opis:


Ismet kocha teatr, chce się umawiać na randki i pić wino z przyjaciółmi. Ale w rozdartej okrutnym konfliktem etnicznym Bośni nie ma na to miejsca. Po dramatycznych wydarzeniach chłopak zostawia całą rodzinę. Zostaje uchodźcą. Jednak ucieczka do amerykańskiego raju tylko pozornie jest wybawieniem...

Mustafa Nalić jest żołnierzem. Jego rzeczywistość to wszechobecne okrucieństwo, śmierć najbliższych i frontowe koszmary. Losy dwóch młodych mężczyzn zaczynają się ze sobą niebezpiecznie splatać. Jakby należały do jednego człowieka... Kim naprawdę są Ismet i Mustafa?

Odłamki to imigracyjna powieść z przejmującą panoramą umęczonego wojną kraju i jednocześnie niezwykła "autobiografia" - element terapii Ismeta Prcicia. Książka zachwycająca młodzieńczą nadzieją i humorem, a także wielką dojrzałością w rozliczeniu wojennej traumy.

 

Moja ocena: Bardzo dobra (****)


Już jakiś czas temu postanowiłam sięgnąć po „Odłamki” Ismeta Prcicia, ale dopiero teraz udało mi się w końcu je przeczytać. Może dlatego, że historie o wojnach wolę sobie dawkować w małych ilościach. Temat jest zbyt poważny, a tego typu literatura do łatwych nie należy. Z jednej strony wymaga pewnego określonego podejścia, z drugiej zaś testuje nasze pokłady empatii i współczucia. Niektóre książki czasami specjalnie próbują wyolbrzymić ten efekt, za łatwo grając na uczuciach czytelnika. Ze strony Odłamków nie czułam tak wywołanych emocji, które wręcz przytłaczają.
Retrospekcja dopadła mnie wcześniej na dworcu, rycząc niespodziewanie przejeżdżającym pociągiem towarowym. Dźwięk przytłoczył mnie. Padłem na ziemię. Przez chwilę wszystko znów działo się tu i teraz. Tym razem nie wróciłem do Bośni. Wojna przyszła do mnie. Huk eksplozji rozległ się za otoczonym murem obszarem za parkingiem przy stacji kolejowej. Poczułem smagnięcie gorącego powietrza na twarzy.
Wspomnienia zupełnie nie przypominają taśm. Taśmy rejestrują rzeczywistość. Umysły rejestrują fikcję. Mój umysł nigdy nie był w stanie niczego dobrze zapamiętać. Za dużo fantazji. Za dużo natrętnej przeszłości. Za dużo snów na jawie.
Książkę wbrew pozorom czyta się bardzo szybko. Ma w sobie magnetyzującą siłę, która każe nam przewracać kolejne strony. Wydaje się napisana bardzo prosto i dosadnie, co tylko potęguje bezpośredniość przeżyć, jednak w pewnym sensie są to tylko pozory. Dość szybko przekonujemy się, że tytuł doskonale oddaje charakter tej opowieści, którą składamy kawałek po kawałku. Jest tylko jeden problem. Te kawałki mają dość postrzępione brzegi i nie pasują do siebie idealnie. Z każdym kolejnym przeczytanym fragmentem przekonujemy się, że ta historia to nie tylko wspomnienia jednego człowieka. A w pewnych momentach wręcz tracimy orientację, kto tak naprawdę jest narratorem. Co jest prawdą, a co wyobrażeniem.
Ich w pełni ukształtowane ciała i umysły pamiętały życie sprzed wojny, sprzed chaosu, sprzed bezsensu. Poznali, co to porządek, co to sens. Naprawdę wyjechali z Bośni, bo pozostawienie za sobą chaosu było powrotem do normalności. Ale jeśli się wzrastało w chaosie, wtedy nie było od tego odwrotu. Nie było ucieczki. Dla mnie chaos był właśnie ową normalnością. A prawdziwa normalność okazała się nienaturalnym, kruchym stanem ducha.
Zdecydowanie polecam! „Odłamki” bardzo szybko i prosto się czyta, gdy przyzwyczaimy się do stylu autora. Niektórym czytelnikom może być ciężko wgryźć się w tę książkę. Raz lekka, raz przyciężkawa. Raz krótkie wzmianki, raz długie opisy. No i zmiany narracji, które wprowadzają jeszcze większy zamęt. Mimo wszystko doceniam tę książkę za próbę ukazania konfliktu na terenach byłej Jugosławii, bez niepotrzebnego wyolbrzymiania, patosu i wielkich słów. W opowieści Prcicia pojawiają się zwykli ludzie i ich problemy.

środa, 5 lutego 2020

Piotr Milewski - „Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia”


Opis:


„Dalekie podróże mają to do siebie, że przywozi się z nich zupełnie co innego niż to, po co się pojechało.”
Nicolas Bouvier

Piotr Milewski dotarł do Japonii w roku Królika. Akurat zaczęła się pora deszczowa i nad Wyspami na półtora miesiąca zawisła szara zasłona z chmur. W powietrzu unosił się gorzki zapach gnijących wodorostów. Japończycy uznają ten okres za piątą porę roku o nazwie tsuyu, co znaczy – śliwkowy deszcz. Bogowie są wtedy bliżej, ale czy sprzyjają wędrowcom?

Wybrał najbardziej wymagający rodzaj podróżowania. Japonię poznawał samotnie, bez planu, pieniędzy, jeżdżąc autostopem i śpiąc pod gołym niebem.
Próbował uchwycić ducha archipelagu i zrozumieć mieszkających tam ludzi, którzy - mimo że gościnni i serdeczni – pozostali dla niego zagadką.

„Dzienniki japońskie” to nie tylko zapis zdarzeń czy spotkań, ale i opowieść o podróżowaniu jako takim: o jego filozofii i sensie, a także piętnie, jakie odciska na świadomości wędrowca.

https://www.znak.com.pl/ksiazka/dzienniki-japonskie-piotr-milewski-6174

 

Moja ocena: Bardzo dobra (****)


Dzienniki japońskie to zbiór zebranych wspomnień, gruntownie przemyślanych i dobrze opisanych, za pomocą których Piotr Milewski zabiera czytelnika na wędrówkę uliczkami większych i mniejszych miast Kraju Kwitnącej Wiśni. Wydana w 2015 roku książka zawiera wspomnienia z roku 1999 i 2002. Jest to wędrówka opowiedziana przez pryzmat czasu. Dopieszczona faktami historycznymi i anegdotami, a także utworami literackimi i wewnętrznym komentarzem autora.
Być może było jednak coś na rzeczy w tym odczuciu oddalenia od centrum, brak tu bowiem typowego dla metropolii ulicznego tłoku, choć - jak wszędzie w tym mieście - dokuczał niedostatek otwartej przestrzeni. Sąsiedzi się znali. Kłótnie rozwiązywano po cichu, a i tak wszyscy o nich wiedzieli. Win się nie zapominało, ale najczęściej wybaczało, bo trudno przy takim ścisku żyć w niezgodzie. A gdy komuś stało się coś złego, mógł liczyć na pomoc sąsiada.
Z jakiegoś powodu mam jednak wrażenie, że to nie jest książka dla wszystkich. Ma to związek z samą formą wędrówki, a nie ze sposobem jej opisu. Nie oszukujmy się, turyści zazwyczaj mają określony plan, cel i fundusze ze względu na ograniczony czas tygodnia czy dwóch, a wizja spania na ławce w śpiworze, łapania stopa czy 30-kilometrowy marsz, to nie jest forma urlopu, który każdego zadowoli. Z jednej strony doświadczenia autora są bezcenne, bardzo bezpośrednie, i dzięki nim widział i przeżył więcej niż zwyczajni turyści z zagranicy. Z drugiej do takiego podróżowania trzeba mieć odwagę i samozaparcie.
Warto jest poruszać się bez planu. Nic nas wtedy nie ogranicza. Nic nie uwiera i nie kusi. Ci, którzy tworzą plany, mają też oczekiwania, a potem często czują żal: czegoś nie zobaczyli, dokądś nie dotarli, ktoś zatrzasnął im drzwi przed nosem. Niekiedy też to, co zastali, wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażali.
Wbrew pozorom, poza kilkoma przypadkami, wydaje się, że los autorowi sprzyja. Podróż wydaje się wręcz prosta, łatwa i przyjemna. A niedogodności i problemy Milewski łatwo przezwycięża. W dodatku wszystko jest płynnie i spójnie opisane, co jeszcze potęguje takie wrażenie.
Wystarczy, że wejdziesz w boczną uliczkę, tuż obok dworca, przy dzielnicy rozrywek, koło ratusza czy za sklepem, i szarość wyjdzie w pełnej krasie, w wielu odcieniach, o zróżnicowanej intensywności. Nie smutna, jednolita, depresyjna szarość. Szarość ciekawa, zaskakująca, melancholijna, przerywana soczystą zielenią nielicznych skwerów i cynobrem kapliczek szintoistycznych. Ta szarość ma coś, co przyciąga i fascynuje. Jest w niej smutek przemijania i nadzieja na przyszłość. Nie powoduje ona jednak, że japońskie miasta są ładne, zgrabne czy ponętne. Nie przydaje im tajemniczości, na którą nabiera się wielu przyjezdnych. Nie, taką mocą ona nie dysponuje. Dlatego też o tutejszych metropoliach można co najwyżej powiedzieć, że są schludne i, miejscami, dobrze zorganizowane. Nie są przy tym trwałe, bo trwałość materii nie jest w tym kraju priorytetem. Znacznie ważniejsza jest trwałość więzi, trwałość pamięci, ciągłość tradycji i pokoleń. Budynków nie stawia się tu z myślą o następnych generacjach. Są tu i teraz. A jutro? Kto wie, co przyniesie jutro? Jutra może już nie być.
„Dzienniki japońskie” czytało mi się bardzo przyjemnie i choć wędrówki piesze nie są mi obce, nie zdecydowałabym się na taki typ podróżowania jak autor, nawet w granicach naszego kraju. Dzięki Milewskiemu poznajemy Japonię w inny sposób, wyruszamy poza rogatki Tokio, zwiedzamy różne miasta, doświadczamy nowych sytuacji, a przede wszystkim spotykamy innych ludzi.

Polecam!

środa, 29 stycznia 2020

Jørn Lier Horst - „Poza sezonem”


Opis:

William Wisting, # 7

Komisarz William Wisting widział niejedną groteskową śmierć, ale desperacja, z jaką tej jesieni spotyka się w Stavern, jest dla niego zaskoczeniem. Jakby sprawca nie miał nic do stracenia. Dlatego nie jest zbytnio zachwycony, kiedy jego córka Line wprowadza się do drewnianego domku u ujścia fiordu. Jego niepokój wzrasta, kiedy policja odkrywa wśród szkierów kolejne zmasakrowane ciała, a z nieba spadają martwe wróble.


Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Przez brak śniegu w moich okolicach, wybrałam się w literacką podróż do miejsca, gdzie zazwyczaj jest go pod dostatkiem. Zimna Norwegia wydawała się do tego idealna. Za sprawą „Poza sezonem” Jørn Lier Horsta poczułam nie tylko ten chłodny klimat, ale również dreszczyk emocji. Nie ma tutaj mowy o senności i odpoczynku. Od pierwszych stron powieści zostajemy wrzuceni w wartką akcję, fabuła z każdym kolejnym wątkiem robi się bardziej zawiła i pojawia się coraz więcej znaków zapytania. Na szczęście wszystko zostaje nam logicznie wyjaśnione. Zakończenie zaś, choć częściowo przewidywalne, dobrze spina ze sobą całość historii.
Wiesz, jaki świat byłby nudny, gdybyśmy wiedzieli, co jest nam pisane? Życie stałoby się nieznośnie przewidywalne. Wiara, nadzieja i marzenia nie byłyby nic warte.
Serię Horsta czytam w kratkę. Z jednej strony miała na to wpływ kolejność wydawania poszczególnych części, z drugiej mój dostęp do wydań elektronicznych, które często kupuję na ebookowych wyprzedażach. Mimo wszystko nie przeszkadza mi to w odbiorze. Być może przez fakt, że między kolejnymi częściami potrafię robić naprawdę spore przerwy. Za każdym razem podchodzę do historii i głównych bohaterów ze świeżym spojrzeniem, zapominając grzeszki popełnione przez nich w innych książkach.
- Co to znaczy udane życie? - spytał.
- Nie istnieje jedna odpowiedź na to pytanie - odparła. - Ludzie są różni, mają inne marzenia i inną wizję szczęścia. Dla większości udane życie oznacza pieniądze i dobrobyt, a dla mnie realizację marzeń.
- Co cię powstrzymuje?
- To trudna decyzja. Nie wiem, czy odważę się pójść tą drogą.
„Poza sezonem” zapewniło mi przyjemną rozrywkę.  Dynamiczna akcja sprawia, że książkę czyta się szybko. I choć zdarzały się fragmenty, których z różnych powodów nie mogłam przetrawić, cała lektura pozostawiła po sobie pozytywne wrażenie. Uzupełniła bateryjki w dziale kryminał... Przynajmniej do kolejnego razu.

Polecam!

środa, 15 stycznia 2020

Melissa Darwood - „Luonto”

Opis:

Podczas trzęsienia ziemi siedemnastoletnia Chloris zostaje uratowana przez monstrualne ptaszysko. Orzeł jest Homanilem - dwudziestoletnim chłopakiem o imieniu Gratus. Zabiera dziewczynę do Luonto - osady, będącej odpowiednikiem biblijnej arki. Homanile żyją pod ludzką postacią, lecz gdy do głosu dochodzą silne emocje, ulegają przemianie w zwierzęta.

Między Chloris a Gratusem rodzi się zakazane uczucie. Jaką misję mają do spełnienia Homanile? 

Czy związek człowieczej dziewczyny z Homanilem ma szansę na przetrwanie?

Koniec świata nadchodzi. Żywioły pragną zemsty.

A może nic nie jest takie, jakim się wydaje...

Wolisz poznać gorzką prawdę czy upajać się słodkim kłamstwem?

 

Moja ocena: Dobra (***)


Druga przeczytana przeze mnie książka w tym roku to prezent bożonarodzeniowy. Sięgnęłam po nią bardzo szybko, choć niestety często zdarza mi się odkładać zdobyczne pozycje na później. A wręcz bywa, że o nich zupełnie zapominam. W tym przypadku rzuciłam się na głęboką wodę – ciekawiła mnie zarówno okładka, jak i sama autorka, której jeszcze nie miałam szansy poznać.

Niestety od pierwszych stron czułam, jak książka zaczyna mnie drażnić. Nie wiem, czy bardziej za sprawą samej głównej bohaterki, czy przez szybkość, z jaką zostajemy wrzuceni w tę opowieść. Okładka to sugerowała, ale pierwsze fragmenty utwierdziły mnie w przekonaniu, że Luonto jest głównie skierowane do młodzieży. A ja jako ta „starsza” młodzież po prostu męczyłam pewne fragmenty.
– Mówiłem, że ta książka ci się nie spodoba.
– Zakończenie mi się nie podobało! Sama książka była cudowna. To niesprawiedliwe.
Inne zaś bardzo mnie pochłonęły, zaciekawiły i były lepiej napisane. Ciekawym elementem jest zabranie czytelników do Prypeci i Linfen (najbardziej zanieczyszczonego miasta w Chinach). Tam autorka większą uwagę poświęca szczegółom i od razu czytało się to troszeczkę lepiej. Bo mocną stroną książki, zwłaszcza w kontekście dzisiejszych czasów, jest poruszony w niej temat ekologii, a najczęściej jej braku.

Luonto to fantasy łączące w sobie wiele motywów. Przy tak szybkim tempie rozgrywającej się akcji, czasem jest ich nawet za dużo. Niektóre zwroty akcji wypadają przez to średnio. Nie zżyłam się z postaciami. Na plus uznaję za to zakończenie, które jest w opozycji do wielu innych książek z tego gatunku.

Mimo wszystko uznałam Luonto za dobre. Dlaczego? Wbrew pozorom dobrze się przy czytaniu bawiłam. I tak, przeczytałam za dużo powieści fantasy, by było łatwo mnie zaskoczyć. Prawda to, że w książkach (nawet takich) szukam już czegoś poważnego. Zgadza się, że daleko mi od bycia dzieckiem, które wyczekiwało nowego tomu Harrego Pottera, czy nastolatką zafascynowaną Darami Anioła. Jestem pewna, że gdybym przeczytała Luonto właśnie w tamtym okresie, podobałoby mi się znacznie bardziej.

Polecam młodzieży i młodym duchem!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...