Szukaj na tym blogu

środa, 15 stycznia 2020

Melissa Darwood - „Luonto”

Opis:

Podczas trzęsienia ziemi siedemnastoletnia Chloris zostaje uratowana przez monstrualne ptaszysko. Orzeł jest Homanilem - dwudziestoletnim chłopakiem o imieniu Gratus. Zabiera dziewczynę do Luonto - osady, będącej odpowiednikiem biblijnej arki. Homanile żyją pod ludzką postacią, lecz gdy do głosu dochodzą silne emocje, ulegają przemianie w zwierzęta.

Między Chloris a Gratusem rodzi się zakazane uczucie. Jaką misję mają do spełnienia Homanile? 

Czy związek człowieczej dziewczyny z Homanilem ma szansę na przetrwanie?

Koniec świata nadchodzi. Żywioły pragną zemsty.

A może nic nie jest takie, jakim się wydaje...

Wolisz poznać gorzką prawdę czy upajać się słodkim kłamstwem?

 

Moja ocena: Dobra (***)


Druga przeczytana przeze mnie książka w tym roku to prezent bożonarodzeniowy. Sięgnęłam po nią bardzo szybko, choć niestety często zdarza mi się odkładać zdobyczne pozycje na później. A wręcz bywa, że o nich zupełnie zapominam. W tym przypadku rzuciłam się na głęboką wodę – ciekawiła mnie zarówno okładka, jak i sama autorka, której jeszcze nie miałam szansy poznać.

Niestety od pierwszych stron czułam, jak książka zaczyna mnie drażnić. Nie wiem, czy bardziej za sprawą samej głównej bohaterki, czy przez szybkość, z jaką zostajemy wrzuceni w tę opowieść. Okładka to sugerowała, ale pierwsze fragmenty utwierdziły mnie w przekonaniu, że Luonto jest głównie skierowane do młodzieży. A ja jako ta „starsza” młodzież po prostu męczyłam pewne fragmenty.
– Mówiłem, że ta książka ci się nie spodoba.
– Zakończenie mi się nie podobało! Sama książka była cudowna. To niesprawiedliwe.
Inne zaś bardzo mnie pochłonęły, zaciekawiły i były lepiej napisane. Ciekawym elementem jest zabranie czytelników do Prypeci i Linfen (najbardziej zanieczyszczonego miasta w Chinach). Tam autorka większą uwagę poświęca szczegółom i od razu czytało się to troszeczkę lepiej. Bo mocną stroną książki, zwłaszcza w kontekście dzisiejszych czasów, jest poruszony w niej temat ekologii, a najczęściej jej braku.

Luonto to fantasy łączące w sobie wiele motywów. Przy tak szybkim tempie rozgrywającej się akcji, czasem jest ich nawet za dużo. Niektóre zwroty akcji wypadają przez to średnio. Nie zżyłam się z postaciami. Na plus uznaję za to zakończenie, które jest w opozycji do wielu innych książek z tego gatunku.

Mimo wszystko uznałam Luonto za dobre. Dlaczego? Wbrew pozorom dobrze się przy czytaniu bawiłam. I tak, przeczytałam za dużo powieści fantasy, by było łatwo mnie zaskoczyć. Prawda to, że w książkach (nawet takich) szukam już czegoś poważnego. Zgadza się, że daleko mi od bycia dzieckiem, które wyczekiwało nowego tomu Harrego Pottera, czy nastolatką zafascynowaną Darami Anioła. Jestem pewna, że gdybym przeczytała Luonto właśnie w tamtym okresie, podobałoby mi się znacznie bardziej.

Polecam młodzieży i młodym duchem!

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Elżbieta Cherezińska – „Harda”


Opis:

Harda, #1

Mężczyzna, którego kocha. Ogień, który rozpala. Królestwa, którymi włada.
Świętosława od dziecka była harda. Od najmłodszych lat, wraz z bratem Bolesławem Chrobrym, uczyła się niuansów politycznej gry. Miała stać się pionkiem w układzie sojuszy swego ojca, księcia Mieszka. Jej ambicje sięgały znacznie dalej. Chciała zostać królową.

Los okazał się nieprzewidywalny. W drodze na dwór męża spotkała kogoś, kto zawładnął jej sercem. Czy jest w stanie spełnić swe ambicje i kochać? Stawka jest wysoka - przyjaciele zmieniają się we wrogów, miłość w nienawiść. Sakrament w klątwę.

Harda to opowieść o kobiecie niezwykłej, której losy nierozerwalnie wplatają się w dzieje Polski, Szwecji, Danii, Norwegii i Anglii. Namiętności, walka o tron, krwawe bitwy oraz zniewalające historie to królestwo, po którym Elżbieta Cherezińska porusza się z lekkością i drapieżnością sokoła.

https://sklep.zysk.com.pl/harda.html

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)

 

Koniec starego roku i początek nowego przywitałam z przytupem, czyli z „Hardą” Elżbiety Cherezińskiej! Opowieść o córce Mieszka, księżniczce Świętosławie, która wpisała się w historię północnej Europy, jest dla mnie interesująca z kilku powodów. Po pierwsze to powieść z perspektywy silnej kobiety, która musiała wykazać się inteligencją, siłą woli i sprytem w patriarchalnym społeczeństwie. Często musiała przez to naginać ramy tego, co wypada księżniczce, później królowej, kobiecie, matce, a także chrześcijance.
Lęk odbiera człowiekowi wolność, paraliżuje mocniej niż kalectwo.
Po drugie historia Skandynawii i wikingów była przez pewien czas w moim kręgu zainteresowań, zwłaszcza podczas pisania pracy magisterskiej, więc to dla mnie trochę podróż sentymentalna. Przez to bardzo łatwo zagłębiłam się w tę historię i chłodny klimat. Byłam jednak daleka od oceniania, ile ta historia ma w sobie ziaren prawdy. Wystarczyła mi atmosfera, intrygujące postaci i stojące za nimi motywacje. Każdy bohater, niezależnie od tego, czy go polubiliśmy, czy nie, wniósł swoją cegiełkę do całej opowieści.
– Władca, który myśli tylko o sobie, żyje wygodnie aż do dnia, w którym nie widząc, jak to się stało, traci wszystko. Zaś ten, który odmawia sobie, by żyć życiem swego rodu i kraju, cieszy się miłością. (…)
– Miłość poddanych wystarczy, by się przeciwstawić, gdy ktoś będzie chciał nas pokonać? – zapytał.
– Nie – odpowiedział spokojnie Wilkomir. – Ale bez niej nie będziesz miał żadnych szans.
Zdecydowanie polecam! Choć od razu przyznam, że w przypadku twórczości Elżbiety Cherezińskiej jestem bardzo subiektywna. Podoba mi się nie tylko jej styl i łatwość pisania, ale także płynne przechodzenie prawdziwych historii i wiarygodnych opowieści z fantastyką. Nie oszukujmy się, to nie jest książka stricte historyczna i nie musi odpowiadać prawdzie, za to ma nam zapewnić przyjemnie spędzony czas. I ja czas spędzony z Hardą tak właśnie odbieram.

niedziela, 22 grudnia 2019

Guzel Jachina - Zulejka otwiera oczy


Opis:


Powieść ta należy do tego rodzaju literatury, który, jak się zdawało, zniknął całkowicie wraz z rozpadem Związku Radzieckiego. Istniała wspaniała plejada pisarzy dwóch kultur, którzy należeli do jednego z narodów imperium, ale pisali w języku rosyjskim. Fazil Iskander, Jurij Rytcheu, Anatolij Kim, Ołżas Sulejmenow, Czingiz Ajtmatow… Tradycje owej szkoły to głęboka znajomość materiału narodowego, miłość do własnego narodu, pełen godności i szacunku stosunek do ludzi innych kultur, subtelne korzystanie z folkloru. Wydawało się, że ów kierunek nie będzie miał kontynuacji, że to zaginiony ląd. Zdarzyło się jednak coś rzadkiego i radosnego – pojawił się nowy prozaik, młoda 

Tatarka Guzel Jachina, która w sposób naturalny zajęła miejsce w szeregu tamtych mistrzów. Powieść Zulejka otwiera oczy to debiut wybitny. Posiada najważniejszą cechę prawdziwej literatury – trafia prosto do serca. Opowieść o losach głównej bohaterki, tatarskiej chłopki z czasów rozkułaczania, tchnie takimi autentyzmem, wiarygodnością i urokiem, jakie w ogromnym zalewie prozy ostatnich dziesięcioleci nie zdarzały się zbyt często.

Nieco filmowy styl narracji wzmacnia dramatyzm akcji i wyrazistość obrazów, a nalot publicystyczny nie tylko nie zakłóca toku opowieści, ale przeciwnie, okazuje się zaletą utworu. Autorka przywraca czytelnikowi literaturę precyzyjnej obserwacji, subtelnej psychologii i, co najistotniejsze, miłości, bez której nawet najbardziej utalentowani pisarze zamieniają się w chłodnych rejestratorów chorób naszych czasów. Utarte wyrażenie „literatura kobieca” zawiera w sobie – w dużym stopniu dzięki męskiej części krytyki – ton lekceważenia. Tymczasem kobiety dopiero w dwudziestym wieku wkroczyły do zawodów, które do tego czasu uważane były za męskie: lekarzy, nauczycieli, uczonych, pisarzy. Od kiedy istnieje ten gatunek, mężczyźni napisali złych powieści setki razy więcej niż kobiety, takie są fakty. Powieść Guzel Jachiny to bez wątpienia utwór kobiecy. 

O kobiecej sile i kobiecej słabości, o świętym macierzyństwie nie na tle angielskiego pokoju dziecinnego, ale na tle obozu pracy, piekielnego rezerwatu, wymyślonego przez jednego z największych złoczyńców ludzkości. Pozostaje zagadką, jak młodej pisarce udało się stworzyć tak przejmujący utwór, który opisuje miłość i czułość w piekle… To błyskotliwy start.   

https://www.noir.pl/ksiazka/717/Guzel-Jachina-Zulejka-otwiera-oczy

 

Moja ocena: Bardzo dobra (****)


Zazwyczaj staram się nie szukać informacji o lekturze przed jej przeczytaniem, ale niekiedy zdarza się to zupełnie przypadkiem. Podobnie było w przypadku Zulejki. W jakimś miejscu trafiłam na określenie, że jest to literatura kobieca i już trochę z góry zaczęłam przewidywać, co może się wydarzyć, czytaj jaka miłość zostanie przedstawiona. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic do historii miłosnych, zwłaszcza jeśli są one dobrze napisane, ale określenie literatura kobieca nie dość, że bywa często nadużywana, to kojarzy mi się raczej w kontekście pejoratywnym. Jak niekończące się serie harlequinów. Jakby w domyśle literatura ta ma być prosta, łatwa i przyjemna, zaspokajająca potrzeby mas. Często ten termin bywa dość krzywdzący.
- Wolność przypomina szczęście - mruczy pod nosem - jednym szkodzi, innym przynosi pożytek.
Przyznam się szczerze, w tym kontekście, Zulejka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Nie tylko swoją tematyką, która już sama w sobie jest dość ciężka, ale również skupieniem się na przedstawieniu ludzi w pewnym okresie. Przez to książka okazuje się jeszcze bogatsza. Ta z pozoru prosta, wymyślona historia, staje się próbą ukazania społeczeństwa w określonym miejscu i czasie. I przez pierwszą połowę książki debiutująca autorka radzi sobie całkiem nieźle.
Wszystko, czego kiedyś uczyła ją mama, i wszystko, co w prawie zapomnianym mężowskim domu uważane było za właściwe i konieczne, co stanowiło istotę, podstawę i treść życia Zulejki - rozsypywało się, rozpadało, załamywało. Reguły były naruszane, prawidła zamieniały się we własne przeciwieństwa. W to miejsce powstawały nowe reguły, odsłaniały się nowe prawidła. Mimo to pod jej stopami nie otwierała się otchłań, karząca błyskawica nie spadała z niebios, biesy matecznika nie chwytały jej w swoje lepkie pajęczyny. Także ludzie nie zauważali owych grzechów, nie widzieli ich, zbyt byli zajęci czym innym.
Niestety sił nie starcza jej do samego zakończenia. Z każdą kolejną stroną przedstawiona historia i zawarci w niej bohaterowie stają się jednostajni, wręcz bezbarwni. Coraz mocniej odczuwamy skupienie się na relacji dwojga głównych postaci, dla których reszta staje się tylko tłem. Dość otwarte zakończenie, w mojej ocenie ratuje tę "gorszą część książki". Każdy może dopowiedzieć je sobie według własnego uznania.

Polecam! Zulejkę czytało mi się szybko, wbrew pozorom przyjemnie, a historyczne aspekty i oddanie klimatu wzbogacały fabułę. W pewnym momencie nazwałabym ten debiut nawet ambitnym, mimo wszystko do wielkiej rosyjskiej literatury sporo mu jednak brakuje.

poniedziałek, 25 listopada 2019

Paul Tremblay – „Głowa pełna duchów

 

Opis:


Mrożący krew w żyłach thriller, który w genialny sposób łączy ze sobą rodzinną tragedię, psychologiczny suspens i odrobinę nowoczesnego horroru, przywodząc na myśl takie powieści jak Dom z liści Marka Z. Danielewskiego, Wpuść mnie Johna Ajvide Lindqvista czy Nawiedzony Shirley Jackson.

Spokojne dotąd życie Barretów, zwyczajnej rodziny mieszkającej na przedmieściach w Nowej Anglii, zostaje brutalnie zakłócone, gdy czternastoletnia córka, Marjorie, zaczyna zdradzać pierwsze symptomy schizofrenii.

Ku rozpaczy jej rodziców, lekarze nie są w stanie zatrzymać Marjorie przed popadnięciem w obłęd. Widząc jak ich przytulny dom stopniowo staje się piekłem, w końcu proszą o pomoc miejscowego księdza. Ojciec Wanderly zaleca przeprowadzenie egzorcyzmu; jego zdaniem nastolatka została opętana przez demona. Nawiązują także kontakt z firmą produkcyjną pragnącą sfilmować losy Barrettów. Za namową Johna, ojca Marjorie, który rok temu stracił pracę i nie jest w stanie spłacić rachunków za leczenie córki, rodzina zgadza się na współpracę z ekipą telewizyjną i wkrótce jej członkowie stają się gwiazdami programu „Opętanie”, przebojowego reality show. Kiedy w końcu wydarzenia w domu Barrettów doprowadzają do nieuchronnej tragedii, zarówno sam program, jak i uchwycone kamerami szokujące sceny przeradzają się w miejską legendę.

Piętnaście lat później bestsellerowa pisarka przeprowadza wywiad z młodszą siostrą Marjorie, Merry. Opowiadając o wydarzeniach z okresu, gdy miała ledwie osiem lat, budzi do życia dawno pogrzebane sekrety i bolesne wspomnienia, niepodobne do tego, co telewidzowie ujrzeli na ekranach.
Wywołująca zawrót głowy opowieść dotyka problemów pamięci i rzeczywistości, nauki i religii, starając się dotrzeć do samej natury zła.

„Głowa pełna duchów” otrzymała nagrodę Brama Stokera dla najlepszego horroru roku.

 

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)


„Głowa pełna duchów” to kolejna książka, po którą pewnie bym nie sięgnęła, gdyby nie Dyskusyjny Klub Książki. Chociaż książka bardzo mi się podobała, długo nie mogłam zebrać się do napisania o niej choć kilku słów. A powód wydaje się całkiem prosty: tę książkę można odebrać na tak wiele sposobów, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.
Po długich miesiącach, gdy wszystko kręciło się wokół Marjorie, cieszyłam się, że wreszcie w domu dzieje się coś, co ma związek ze mną. Marjorie wysysała z rodziców wszystkie oszczędności, a ja czułam się niekiedy, jakbym zgubiła się gdzieś, niczym zdjęcie, które odkleiło się z rodzinnego albumu.
Książka Tremblay'a napisana jest bardzo przystępnie i wbrew pozorom, potrafi się ją czytać bardzo szybko. Historia wiruje wokół ograniczonego grona bohaterów i rozgrywa się głównie w domu Barretów, mimo to główne postacie obrazują całkiem różne postawy i podejścia. Z każdą kolejną stroną czytelnik zostaje wciągnięty w fabułę, ale również zmuszony do przemyśleń. W pewnym momencie zaczyna się nawet zastanawiać, co jest prawdą, a co fałszem, i w którym momencie autor nas oszukuje. Ta niejednoznaczność jest atutem tej powieści.

Zdecydowanie polecam! „Głowa pełna duchów” jest pełna popkulturowych smaczków, które fani horrorów z pewnością dostrzegą.

środa, 25 września 2019

Mo Yan – „Obfite piersi, pełne biodra”

Opis:


Obfitymi piersiami i pełnymi biodrami natura obdarza kobiety z rodziny Shangguan, mieszkającej w małej chińskiej wiosce, w prowincji Shandong. Od obfitych piersi i matczynego mleka uzależniony jest narrator powieści, długo wyczekiwany syn, brat ośmiu starszych sióstr. Losy rodziny ukazane są na tle wydarzeń historycznych, począwszy od Powstania Bokserów w 1900 roku, poprzez upadek dynastii Qing, inwazję japońską, walki Kuomintangu z komunistami, „rewolucję kulturalną", aż do reform gospodarczych. Na prowincji życie toczy się jednak obok wielkich przemian, rządzą tam najprostsze instynkty, a podstawową wartością jest przetrwanie.

W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię - a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo - jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.

https://www.gwfoksal.pl/obfite-piersi-pelne-biodra-mo-yan-sku7691201e3788b160d51f.html

 

Moja ocena: Bardzo dobra (****)


Mo Yan jest jednym ze znanych mi noblistów. Wszystko za sprawą mocnego postanowienia, że będę nadrabiać nie tylko niekończącą się listę książek do przeczytania, ale także sięgać po te lektury, które zdobyły nagrody. A Nobel to jest jednak coś. W ten sposób sięgnęłam po „Krainę wódki”, po której rzeczywiście czułam się jak po wypiciu mocnego alkoholu. Moje przemyślenia możecie przeczytać >>>tutaj<<<.
Sprawa Ma Tonga niczym trzęsienie ziemi wstrząsnęła posadami Plutonu Wysadzania Mostów. Runęło nasze sztuczne poczucie bezpieczeństwa i dobrobytu. Strzał, który zabił Ma Tonga, powiedział nam, że w burzliwych czasach życie ludzkie jest warte tyle co życie mrówki.
Gdyby nie Dyskusyjny Klub Książki pewnie nie sięgnęłabym prędko po „Obfite piersi, pełne biodra”, które kupiłam podczas promocji w sklepie z owadem i które tylko kurzyły się na półce. Po pierwsze to spora cegła. Po drugie zdawałam sobie sprawę, że jeśli książka jest choć trochę podobna do Krainy wódki, to nie będzie to łatwa przeprawa. Po trzecie literatura azjatycka ma w sobie pewną specyfikę, do której trzeba się przyzwyczaić. Czasem wręcz trzeba mieć do niej odpowiedni humor.
Kule nie mają oczu, pociski artyleryjskie nie znają dobrych manier, żołnierze zaś przypominają tygrysy, co właśnie zeszły z gór i nie zadowalają się pokarmem roślinnym.
Mo Yan tworzy realizm magiczny, w którym historia ściśle splata się z wierzeniami i zabobonami. Autor porywa czytelnika do zmieniających się Chin w wieku XX. „Obfite piersi, pełne biodra” to opowieść o silnych kobietach w patriarchalnym społeczeństwie. Ich zmagania z kolejnymi kłopotami, ustrojami, wojnami, głodem itp. stają się pretekstem do ukazania przeszłości tego kraju, która często nie była chwalebna.
– Owszem zmieniłam się – potwierdziła matka – i jednocześnie wcale się nie zmieniłam. Przez ostatnich kilkanaście lat Shangguanowie rodzili się i umierali niczym szczypiorek – na miejsce ściętych źdźbeł wyrastały nowe. Tam gdzie jest życie, musi być i śmierć. Umierać jest łatwo, to życie jest naprawdę trudne. Im dłużej żyjesz, tym bardziej chcesz żyć. Im bardziej boisz się śmierci, tym zacieklej walczysz o życie. Chcę dożyć tego dnia, kiecy moje dzieci i wnuki wreszcie wypłyną na powierzchnię. Macie sprawić, że będę z was dumna.
Zdecydowanie polecam! I chociaż Mo Yan żyje w Chinach, odnoszę wrażenie, że w swoich książkach często wbija szpile, gdzie się tylko da. Realizm magiczny jest do tego całkiem niezłą przykrywką, w końcu zawsze można stwierdzić, że opisane wydarzenia to tylko fikcja literacka.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...