Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DKK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DKK. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 czerwca 2021

Mikołaj Łoziński – „Stramer”

Opis:

Osobiste dramaty, miłości, zdrady i rozstania, świecące pustkami kieszenie i marzenia o fortunie. Nadzieja na sprawiedliwy świat, do którego nieuchronnie wdziera się Zagłada.

Zwyczajna rodzina. Nathan tęskni za Nowym Jorkiem, Rywka marzy o wycieczce nad morze. Wychowują szóstkę dzieci, które szybko dorastają: Rena zakochuje się ze wzajemnością w żonatym mężczyźnie, Rudek idzie na filologię klasyczną, ale jest realistą, więc znajduje pracę w Syndykacie Świec. Hesio i Salek ulegają fascynacji ideą komunizmu i grozi im aresztowanie, a Wela i Nusek nie mogą się już doczekać tej wymarzonej dorosłości.

Poznajemy każdego z bohaterów osobno, zaprzyjaźniamy się z nimi, odkrywamy ich słabości, sekrety i najskrytsze pragnienia, wchodzimy w ich świat, pełen kolorów, smaków, zapachów.

Czy domyślają się, co przed nimi? Kiedy konflikty narodowe zaczynają narastać, do świata Stramerów powoli wkrada się coś, czego jeszcze nie rozumieją. Choć już przeczuwają.

https://www.wydawnictwoliterackie.pl/produkt/3651/stramer

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Przygotowując się na kolejny Dyskusyjny Klub Książki, przeczytałam książkę Mikołaja Łozińskiego pt. „Stramer”. Tytuł odnosi się do nazwiska bohaterów, których życie jako czytelnicy obserwujemy. Saga żydowskiej rodziny, której losy związane są z Tarnowem, obrazuje zmiany, jakie dokonały się w ciągu czterdziestu lat – od początku XX w. do II Wojny Światowej.

– Trzeba wiedzieć, kiedy przegrać – powiedział Rudek. – To trudniejsze niż wygrywanie.

Początkowo czytało mi się ciężko. Z pewnością miało na to wpływ moje podejście do głowy rodu, czyli Nathana Stramera, który wrócił do Polski z USA. Irytował mnie od pierwszej strony, zrzucając winę za wszystko na innych ludzi: zaczynając od swojego brata Bena, który nie zatrzymał go w Stanach, przez swoje dzieci i żonę, po społeczność, w której żyli. Nietrafione biznesy rozlatywały się przez jego postępowanie, ale nawet nie próbował dłużej się nad tym pochylić. Nikt nie jest idealny, ale brakowało mi chwili na refleksje. Niemniej była to jedna z najbardziej barwnych postaci i nigdy nie było wiadomo, czego się po nim spodziewać.

Przyjechał zginąć na sprawiedliwej wojnie, oddać życie w słusznej sprawie, ale po kilku miesiącach już nie wiedział, czy ta wojna jest sprawiedliwa, sprawa słuszna i czy na pewno chce jeszcze zginąć.

Jak w wielu innych książkach, z każdą kolejną stroną czytało mi się coraz lepiej, a losy żydowskiej rodziny wciągały mnie bardziej. Przede wszystkim podobała mi się atmosfera. Z jednej strony widzimy bardzo „ludzkie” przedstawienie tych ludzi, to nie są żadni bohaterowie pełni patosu, z drugiej strony wiemy, co się za chwilę wydarzy i możemy tylko patrzeć, jak to na nich wpłynie. Wbrew pozorom nie odczuwałam przez cały czas przytłaczającego smutku, który jakoś nierozerwalnie łączy się z lekturami o tej tematyce. Nie było ciągłego podkreślania, że Żydzi byli ofiarami. Owszem byli, ale przede wszystkim byli jednak ludźmi, którzy mieli swoje pragnienia, marzenia i cele w życiu, dopiero zawirowania historii sprawiły, że część z nich doświadczyła niewyobrażalnego zła. Często literatura skupia się tylko na tych złych momentach, a „Stramer” Łozińskiego pozwala nam spojrzeć na te sprawy nieco inaczej.

Zdecydowanie polecam!

środa, 21 kwietnia 2021

Margaret Atwood – „Opowieść podręcznej”

Opis:

WSTRZĄSAJĄCA ANTYUTOPIA O PIEKLE KOBIET.

Świat jak z najgorszego koszmaru, gdzie reżim i ortodoksja są jedynym prawem.

Freda jest Podręczną w Republice Gilead. Może opuszczać dom swojego Komendanta i jego Żony tylko raz dziennie, aby pójść na targ, gdzie wszystkie napisy zostały zastąpione przez obrazki, bo Podręcznym już nie wolno czytać. Co miesiąc musi pokornie leżeć i modlić się, aby jej zarządca ją zapłodnił, bo w czasach malejącego przyrostu naturalnego tylko ciężarne Podręczne mają jakąś wartość.

Ale Freda pamięta jeszcze, choć wydaje się to nierealne, że kiedyś miała kochającego męża, wychowywali córeczkę, miała pracę, własne pieniądze i mogła mówić. Ale tego świata już nie ma…

https://wielkalitera.pl/sklep/literatura-piekna-obca/opowiesc-podrecznej/

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)

Na kolejny Dyskusyjny Klub Książki wybraliśmy książkę znaną i głośną, o której czytelnicy mogli przypomnieć sobie za sprawą nakręconego na jej podstawie serialu, ale i przez ubiegłoroczne strajki kobiet. Nic dziwnego. Tematyka powieści pozwala na znalezienie analogii do tych wydarzeń. Jeśli głębiej się nad tym zastanowić, jest to trochę niepokojące.

Z tymi naszymi skrzydłami – końskimi okularami – trudno patrzeć, trudno o pełny widok – nieba, czegokolwiek. Ale jakoś patrzymy, po troszeczku, szybki ruch głowy w górę, w dół i na boki. Nauczyłyśmy się oglądać świat, jakbyśmy gwałtownie łapały powietrze.

Margaret Atwood stworzyła historię, w której główną rolę odgrywają kobiety. Choć pozbawione są wszelkich praw, a ich rola spłycona do kilku zadań, paradoksalnie cały system zależy właśnie od nich. Tytułowa Podręczna służy tylko i wyłącznie do celów reprodukcyjnych, stając się surogatką dla majętnych rodzin. W tym przypadku płodność jest zarówno jej zaletą i wadą.

Z perspektywy dzisiejszych kobiet takie podejście do tematu razi. To niczym cofnięcie społeczeństwa do przeszłości i zaprzepaszczenie wszystkiego, co do tej pory osiągnięto. W imię wiary niewielka grupa narzuca wszystkim swoje racje. Trzeba zauważyć, że przedstawiona wiara nie ma nic wspólnego z religijnością jako taką, ma na celu osiągnięcie konkretnego celu. Wiara, jak i uprzedmiotowienie kobiet, są instrumentami kontroli i wyjaśnieniem takiego, a nie innego postępowania. Pewne jest tylko jedno: z czasem wszystko potrafi się zmienić, nie wiadomo tylko, czy na lepsze, czy gorsze.

Zdrowe zmysły to cenny skarb, oszczędzam je, jak kiedyś ludzie oszczędzali pieniądze. Odkładam na później, żebym ich miała dość, gdy przyjdzie czas.

Przyznam, że to jedna z tych książek, które potrafią przerazić i nie potrzebują wcale wielkiego rozlewu krwi, czy potworów czających się w ciemności. W końcu człowiek potrafi okazać się gorszy niż wszystkie inne zagrożenia. Nie bez powodu mówimy człowiek człowiekowi wilkiem. Polecam! Jest to bardzo dobrze napisana literatura, która potrafi wzbudzić w czytelniku wiele emocji.

środa, 23 grudnia 2020

Dolores Reyes – „Ziemiożerczyni”

Opis:

Magiczny realizm prosto z obrzeży Buenos Aires. Liryczna i brutalna powieść balansująca na granicy przerażającej rzeczywistości i ludowych wierzeń.

„Dlaczego ja, ziemio?”

Kiedy była małą dziewczynką, połknęła ziemię i doznała wizji, jak ojciec bije matkę na śmierć. Wtedy Ziemiożerczyni odkryła w sobie niezwykły dar, który wyznaczył jej życiu nową ścieżkę.

Wieść o lokalnej jasnowidzce roznosi się po okolicy. Kolejni krewni zaginionych osób stają przed nią z garstką ziemi i nadzieją na poznanie prawdy.

Jednak w miejscu, gdzie zaniedbanie i niesprawiedliwość względem kobiet wypływają z każdego zakątka, nie ma przyzwolenia na prawdę.

Moja ocena: Dobra (***)

Przygotowania na grudniowy Dyskusyjny Klub Książki upłynęły pod znakiem „Ziemiożerczyni” autorstwa Dolores Reyes. Co prawda jest to tytuł mało świąteczny, ale dość krótki, więc jeśli chcecie polepszyć swoje czytelnicze statystyki pod koniec roku, z pewnością się do tego nada. Przyznam się, sama właściwie nie wiem, co sądzić o tej książce. Ciężko powiedzieć czy mi się podobała, czy nie, choć z pewnością zaintrygował mnie tytuł. Temat, mimo że osobliwy, na swój sposób jest interesujący. Byłam ciekawa, co wydarzy się dalej.

Zaczęłam zauważać, że ci, którzy szukają bliskiej osoby, mają coś, jakby bliznę blisko oczu, blisko ust, mieszankę bólu, złości, siły, oczekiwania, przybierającą określony kształt. Jakąś skazę, w której żyje ten, kto nie wraca.

Lekturę czytało mi się dość szybko i fabuła od razu mnie wciągnęła, ale... Mimo tego, że ta historia na wielu płaszczyznach jest przejmująca, czegoś mi w niej brakowało. Nie wczułam się tak, jak powinnam, choć to opowieść o desperacji, bólu i nadziei. „Ziemiożerczyni” jest napisana prosto i uniwersalnie. Przez to ciężko zżyć się z bohaterami, o których de facto mało co wiemy. Gdyby zmienić im imiona i wrzucić w inny krąg kulturowy, to ta historia cały czas miałaby sens. Jakby nie patrzeć, można to uznać zarówno za atut, jak i wadę.

Książka mnie nie zachwyciła, ale to nie był źle spędzony czas. Po prostu są lektury, które trafione w dobrej chwili, znacznie zyskują w oczach. Widocznie w moim przypadku to nie była idealna chwila dla „Ziemiożerczyni”. Polecam, może Wam spodoba się bardziej. Czekam na Wasze wrażenia!

środa, 7 października 2020

Joe Hill – „Gaz do dechy”


 Opis:

Książka, która znalazła się w ścisłej czołówce Goodreads Choice Awards 2019.

Trzynaście historii mistrza grozy młodego pokolenia, który przesuwa granice gatunku na nowe terytoria.

Dwa opowiadania napisane wspólnie ze Stephenem Kingiem m.in. W wysokiej trawie, sfilmowane przez Netflix.

Wyjęci spod prawa motocykliści uciekający przez pustynię przed upiorną cysterną… Wizyta młodych ludzi w wesołym miasteczku, która wcale nie kończy się wesoło… Uchylone drzwi do świata cudów, które okazują się furtką dla namacalnego zła… Podróż pociągiem w niecodziennym towarzystwie… Media społecznościowe, które nikogo nie uratują przed zombi… Bibliotekarz dostarczający najświeższe lektury umarłym… I wreszcie lot, podczas którego ludzie nieakceptujący się nawzajem zaczynają ze sobą rozmawiać – nieco za późno.

Od klasycznych horrorów, przez fantasy, S-F, thriller psychologiczny, po prozę obyczajową z silnym akcentem politycznym – różnorodność opowiadań w tym zbiorze jest niezwykła. Ale wszystkie dotykają najgłębszych ludzkich sekretów i wydobywają na światło dzienne nasze mroczne słabości i lęki.

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)

Troszkę się pospieszyłam z kolejną książką na DKK, ale zrobiłam to z dwóch powodów. Po pierwsze nie zawsze mam czas na czytanie, a po drugie „Gaz do dechy” ma sporo stron. W tym rachunku nie policzyłam jednak tego, że bardzo się wciągnę i czytanie pójdzie mi tak szybko. Podczas czytania wydawało mi się, że płynę, a strony w czytniku magicznie znikały.

Wierzę również nadal, że książki działają według tych samych zasad co zaczarowane szafy. Wciskamy się w małą przestrzeń i wychodzimy po drugiej stronie w ogromny tajemny świat, zarazem wspanialszy i bardziej przerażający niż nasz.

Gaz do dechy to zbiór opowiadań, w których każdy znajdzie coś dla siebie. Opowieści są różnorodne i napisane w różnych gatunkach. Autor bawi się nie tylko treścią, ale i formą. Czerpie wzorce od najlepszych, mimo tego znalazł własny sposób na przedstawianie grozy, tym samym odcinając się od dorobku sławnego ojca. I trzeba przyznać, że nieźle mu to wychodzi.

Dla mnie, zaprzysięgłego mola książkowego, nic nie było gorsze od myśli, że mogę umrzeć pięćdziesiąt stron przed końcem dobrej książki.

Dawno nie spotkałam takiego zbioru opowiadań, który uznałabym za równy. W tym przypadku każdy utwór miał w sobie coś, co wyróżniało go na tle pozostałych. Jednakże wszystkie na swój własny sposób do siebie pasowały. Jak już wspomniałam, płynęłam podczas czytania, co jest zasługą przystępnego stylu Joe Hilla. Taka mnogość historii przekłada się na ilość bohaterów i tutaj również nie możemy narzekać.

– I nie jest pan wysłannikiem Boga? Nie jest pan aniołem?
– Nie. Tylko bibliotekarzem.
– Ach, no cóż… Dla mnie to prawie to samo.

Cytat z pozdrowieniami dla Bibliotekarzy z Biblioteki Publicznej w Solcu Kujawskim! :*

Zdecydowanie polecam! Fani Joe Hilla, Stephena Kinga i wszelkich opowieści grozy nie powinni być rozczarowani.

niedziela, 27 września 2020

Ronnie O'Sullivan, Simon Hattenstone – „Running. Autobiografia mistrza snookera”

Opis:

„Niezależnie od tego, jak często go przeklinam, snooker jest grą, którą kocham nad życie”.

Uzależnienie od alkoholu i narkotyków. Ojciec skazany za zabójstwo. Bolesne rozstanie z kobietą życia poznaną na spotkaniu anonimowych narkomanów… Bieganie, które okazało się ucieczką i szansą na lepsze jutro.

Szczera spowiedź legendy snookera Ronniego O’Sullivana. Książka o smutkach i radościach życia – wielkich sukcesach, jak pięć tytułów mistrza świata czy maksymalny brejk wbity w rekordowym czasie, ale też spektakularnych klęskach. Nie tylko tych ponoszonych przy snookerowym stole.

Bezkompromisowa opowieść nietuzinkowego sportowca. Autobiografia człowieka, który zrozumiał, że kiedy dzieje się źle, trzeba znaleźć coś, co nada życiu sens.

https://www.wsqn.pl/ksiazki/running-autobiografia-mistrza-snookera/

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Tym wpisem chciałabym zaproponować Wam książkę poświęconą Ronniemu O'Sullivanowi. Rzadko czytam biografie i autobiografie, dlatego cieszę się, że spotkania DKK motywują do sięgnięcia po inne gatunki. Tym bardziej, gdy staramy się poznać czytelnicze zainteresowania innych osób chodzących na klub. Jak widać po ocenie, lektura mi się podobała, co być może przełoży się na kolejne czytelnicze wybory. Już mam chrapkę na biografię Keanu Reevesa.

Życie ma talent do kopania w tyłek. Gdy wszystko ci się układa, robi to, by przypomnieć, kto tu rządzi.

Co do samego Ronniego O'Sullivana, jego nazwisko nic mi nie mówiło. Nigdy nie interesowałam się snookerem. Wiedziałam tylko, że gra różni się od bilarda. Tyle. Dopiero poprzez czytanie zaczęłam poznawać tę barwną postać i grę, której poświęcił swoje życie. I choć część zasad dalej jest mi obca, nie przeszkadzało mi to zupełnie w odbiorze.

Ale snooker i bieganie mają również wiele wspólnego. W obu tych dyscyplinach jesteś zdany wyłącznie na siebie. To od ciebie zależy, czy będziesz zawiedziony, czy staniesz w blasku chwały. To sporty na wskroś indywidualne. W snookerze chodzi jednak o technikę, podczas gdy bieganie to krew, flaki, potężna determinacja i sztuka znalezienia w sobie czegoś, co pozwoli ci jechać dalej. Po każdym wyścigu, gdy ledwo żywy przekraczasz linię mety, wmawiasz sobie, że już nigdy nie doprowadzisz się do takiego stanu. Ale robisz to za każdym razem. Piekielny ból przeszywa twoje ciało, a ty zastanawiasz się, jakim cudem dobiegłeś do końca. To cecha niemal wszystkich biegaczy – nawet tych, którzy sprawiają wrażenie, że wygrywają łatwo, szybko i przyjemnie.

Bardziej niż snooker, do autora przekonała mnie jego druga pasja, czyli bieganie. Tylko kiedy ktoś biega, jest w stanie zrozumieć tę ciągłą potrzebę rozmawiania o bieganiu i kontaktu z innymi biegaczami. I gdy się już zacznie, okazuje się, że chcecie pokonywać życiówki, wkurza Was, gdy podczas trasy wywali Endomondo lub mija Was biegacz 60-70+, i robi to z lekkością, w dodatku z uśmiechem na ustach. Nogi Was już nie bolą, tylko macie kontuzję. Trochę jak na jednym internetowym memie: „– Jestem biegaczem. – To powiedz coś po biegacku. – Z kontuzją biegłem”. „Running” na swój sposób przypomina mi inną książkę o pasji do biegania, czyli „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” Murakamiego. Zestawienie tych dwóch książek i ich autorów, z jednej strony sportowca, z drugiej pisarza, udowadnia tylko, że biegać może każdy.

Kiedyś emocje brały nade mną górę. Musiałem sięgać dna, bym nie miał już innego wyjścia, jak tylko piąć się w górę. Mam nadzieję, że już więcej nie wpadnę w tę spiralę.

Polecam! Bardzo dobrze mi się czytało. Język jest bardzo przystępny, co zapewne zawdzięczamy Simonowi Hattenstone. Jak na kogoś, kto nic nie wie o snookerze, bawiłam się całkiem nieźle. Nie wątpię, że dla fanów tego sportu „Running” to pozycja obowiązkowa. Mogą odkryć wiele smaczków, które nie były takie oczywiste i poznać motywacje swojego mistrza.

wtorek, 31 marca 2020

Yōko Ogawa – „Ukochane równanie profesora”

Opis:


Jak przystało na wybitnego matematyka, Profesor ma swoje dziwactwa. Pewnego dnia w progu jego domu pojawia się nowa gosposia z synem, od tej pory nazywanym pieszczotliwie Pierwiastkiem. Wspólne życie pokaże, że znacznie łatwiej napisać skomplikowane równanie niż ułożyć relacje z drugim człowiekiem. Językiem, który pozwoli im zbudować namiastkę rodziny, stają się matematyka i baseball. Ale swoją relację będą musieli odbudowywać co osiemdziesiąt minut…

Ukochane równanie profesora Yōko Ogawy zostało wyróżnione pierwszą w historii nagrodą Hon’ya Taishō, przyznawaną przez japoński kolektyw księgarzy. Ta kameralna opowieść do dziś pozostaje bestsellerem i uznawana jest za jedną z najukochańszych powieści współczesnej Japonii.

https://tajfuny.pl/produkt/ukochane-rownanie-profesora/

 

Moja ocena: Bardzo dobra (****)


W tym miesiącu książką przeczytaną w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki było „Ukochane równanie profesora” Yōko Ogawy. I choć w związku z pandemią nie mieliśmy okazji się spotkać, a na czas pisania tego tekstu, próbujemy wymyślić najodpowiedniejszy dla wszystkich sposób przeprowadzenia klubu. Nie zmienia to faktu, że książkę przeczytałam i jakiś wpis wypadałoby poczynić.

Szczerze się Wam przyznam, że po przeczytaniu książki i jej odłożeniu, w głowie miałam dosłownie pustkę. I jak można się domyślić po ocenie, nie chodzi tutaj o to, że lektura mi się nie podobała. Autorka przedstawiła prostą historię. Jednak wbrew pozorom jest ona tak naładowana emocjami, że część czytelników z pewnością poruszy. I nie jest to tylko jedno, konkretne odczucie, ale cały ich wachlarz – zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Otrzymujemy w ten sposób emocjonalny koktajl, który trzeba wypić do dna.
Z czasem zdałam sobie sprawę, że Profesor kierował rozmowę na liczby, bo nie wiedział, co powiedzieć gosposi, której nie znał, a która miała spędzić cały dzień w jego domu. To sposób nawiązania kontaktu z obcymi ludźmi. Liczby były dla niego tym, czym dla innych wyciągnięcie ręki na powitanie. Jednocześnie były też płaszczem ochronnym. Grubym i ciężkim płaszczem, który dokładnie okrywał jego ciało. Zbyt ciężkim, żeby go zdjąć, zwłaszcza w pojedynkę, ale dającym poczucie bezpieczeństwa.
Jak sugeruje tytuł, w „Ukochanym równaniu profesora” matematyka pełni bardzo ważną funkcję. Dlatego trzeba przyzwyczaić się do specyficznego sposobu narracji, który jest podporządkowany cyfrom, równaniom czy pojęciom z tej dziedziny. Wbrew pozorom (jak na humanistę przystało), pierwsze równania budzą co najwyżej lęk, by później stać się integralną częścią tej książki. Ważnym, nierozerwalnym elementem, dzięki któremu poznajemy bliżej głównego bohatera. I choć z każdą kolejną stroną tej matematyki jest coraz więcej, możemy się na nią uodpornić. Jednak bez królowej nauk to nie byłoby to samo.

Zdecydowanie polecam!

niedziela, 22 grudnia 2019

Guzel Jachina - Zulejka otwiera oczy


Opis:


Powieść ta należy do tego rodzaju literatury, który, jak się zdawało, zniknął całkowicie wraz z rozpadem Związku Radzieckiego. Istniała wspaniała plejada pisarzy dwóch kultur, którzy należeli do jednego z narodów imperium, ale pisali w języku rosyjskim. Fazil Iskander, Jurij Rytcheu, Anatolij Kim, Ołżas Sulejmenow, Czingiz Ajtmatow… Tradycje owej szkoły to głęboka znajomość materiału narodowego, miłość do własnego narodu, pełen godności i szacunku stosunek do ludzi innych kultur, subtelne korzystanie z folkloru. Wydawało się, że ów kierunek nie będzie miał kontynuacji, że to zaginiony ląd. Zdarzyło się jednak coś rzadkiego i radosnego – pojawił się nowy prozaik, młoda 

Tatarka Guzel Jachina, która w sposób naturalny zajęła miejsce w szeregu tamtych mistrzów. Powieść Zulejka otwiera oczy to debiut wybitny. Posiada najważniejszą cechę prawdziwej literatury – trafia prosto do serca. Opowieść o losach głównej bohaterki, tatarskiej chłopki z czasów rozkułaczania, tchnie takimi autentyzmem, wiarygodnością i urokiem, jakie w ogromnym zalewie prozy ostatnich dziesięcioleci nie zdarzały się zbyt często.

Nieco filmowy styl narracji wzmacnia dramatyzm akcji i wyrazistość obrazów, a nalot publicystyczny nie tylko nie zakłóca toku opowieści, ale przeciwnie, okazuje się zaletą utworu. Autorka przywraca czytelnikowi literaturę precyzyjnej obserwacji, subtelnej psychologii i, co najistotniejsze, miłości, bez której nawet najbardziej utalentowani pisarze zamieniają się w chłodnych rejestratorów chorób naszych czasów. Utarte wyrażenie „literatura kobieca” zawiera w sobie – w dużym stopniu dzięki męskiej części krytyki – ton lekceważenia. Tymczasem kobiety dopiero w dwudziestym wieku wkroczyły do zawodów, które do tego czasu uważane były za męskie: lekarzy, nauczycieli, uczonych, pisarzy. Od kiedy istnieje ten gatunek, mężczyźni napisali złych powieści setki razy więcej niż kobiety, takie są fakty. Powieść Guzel Jachiny to bez wątpienia utwór kobiecy. 

O kobiecej sile i kobiecej słabości, o świętym macierzyństwie nie na tle angielskiego pokoju dziecinnego, ale na tle obozu pracy, piekielnego rezerwatu, wymyślonego przez jednego z największych złoczyńców ludzkości. Pozostaje zagadką, jak młodej pisarce udało się stworzyć tak przejmujący utwór, który opisuje miłość i czułość w piekle… To błyskotliwy start.   

https://www.noir.pl/ksiazka/717/Guzel-Jachina-Zulejka-otwiera-oczy

 

Moja ocena: Bardzo dobra (****)


Zazwyczaj staram się nie szukać informacji o lekturze przed jej przeczytaniem, ale niekiedy zdarza się to zupełnie przypadkiem. Podobnie było w przypadku Zulejki. W jakimś miejscu trafiłam na określenie, że jest to literatura kobieca i już trochę z góry zaczęłam przewidywać, co może się wydarzyć, czytaj jaka miłość zostanie przedstawiona. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic do historii miłosnych, zwłaszcza jeśli są one dobrze napisane, ale określenie literatura kobieca nie dość, że bywa często nadużywana, to kojarzy mi się raczej w kontekście pejoratywnym. Jak niekończące się serie harlequinów. Jakby w domyśle literatura ta ma być prosta, łatwa i przyjemna, zaspokajająca potrzeby mas. Często ten termin bywa dość krzywdzący.
- Wolność przypomina szczęście - mruczy pod nosem - jednym szkodzi, innym przynosi pożytek.
Przyznam się szczerze, w tym kontekście, Zulejka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Nie tylko swoją tematyką, która już sama w sobie jest dość ciężka, ale również skupieniem się na przedstawieniu ludzi w pewnym okresie. Przez to książka okazuje się jeszcze bogatsza. Ta z pozoru prosta, wymyślona historia, staje się próbą ukazania społeczeństwa w określonym miejscu i czasie. I przez pierwszą połowę książki debiutująca autorka radzi sobie całkiem nieźle.
Wszystko, czego kiedyś uczyła ją mama, i wszystko, co w prawie zapomnianym mężowskim domu uważane było za właściwe i konieczne, co stanowiło istotę, podstawę i treść życia Zulejki - rozsypywało się, rozpadało, załamywało. Reguły były naruszane, prawidła zamieniały się we własne przeciwieństwa. W to miejsce powstawały nowe reguły, odsłaniały się nowe prawidła. Mimo to pod jej stopami nie otwierała się otchłań, karząca błyskawica nie spadała z niebios, biesy matecznika nie chwytały jej w swoje lepkie pajęczyny. Także ludzie nie zauważali owych grzechów, nie widzieli ich, zbyt byli zajęci czym innym.
Niestety sił nie starcza jej do samego zakończenia. Z każdą kolejną stroną przedstawiona historia i zawarci w niej bohaterowie stają się jednostajni, wręcz bezbarwni. Coraz mocniej odczuwamy skupienie się na relacji dwojga głównych postaci, dla których reszta staje się tylko tłem. Dość otwarte zakończenie, w mojej ocenie ratuje tę "gorszą część książki". Każdy może dopowiedzieć je sobie według własnego uznania.

Polecam! Zulejkę czytało mi się szybko, wbrew pozorom przyjemnie, a historyczne aspekty i oddanie klimatu wzbogacały fabułę. W pewnym momencie nazwałabym ten debiut nawet ambitnym, mimo wszystko do wielkiej rosyjskiej literatury sporo mu jednak brakuje.

poniedziałek, 25 listopada 2019

Paul Tremblay – „Głowa pełna duchów

 

Opis:


Mrożący krew w żyłach thriller, który w genialny sposób łączy ze sobą rodzinną tragedię, psychologiczny suspens i odrobinę nowoczesnego horroru, przywodząc na myśl takie powieści jak Dom z liści Marka Z. Danielewskiego, Wpuść mnie Johna Ajvide Lindqvista czy Nawiedzony Shirley Jackson.

Spokojne dotąd życie Barretów, zwyczajnej rodziny mieszkającej na przedmieściach w Nowej Anglii, zostaje brutalnie zakłócone, gdy czternastoletnia córka, Marjorie, zaczyna zdradzać pierwsze symptomy schizofrenii.

Ku rozpaczy jej rodziców, lekarze nie są w stanie zatrzymać Marjorie przed popadnięciem w obłęd. Widząc jak ich przytulny dom stopniowo staje się piekłem, w końcu proszą o pomoc miejscowego księdza. Ojciec Wanderly zaleca przeprowadzenie egzorcyzmu; jego zdaniem nastolatka została opętana przez demona. Nawiązują także kontakt z firmą produkcyjną pragnącą sfilmować losy Barrettów. Za namową Johna, ojca Marjorie, który rok temu stracił pracę i nie jest w stanie spłacić rachunków za leczenie córki, rodzina zgadza się na współpracę z ekipą telewizyjną i wkrótce jej członkowie stają się gwiazdami programu „Opętanie”, przebojowego reality show. Kiedy w końcu wydarzenia w domu Barrettów doprowadzają do nieuchronnej tragedii, zarówno sam program, jak i uchwycone kamerami szokujące sceny przeradzają się w miejską legendę.

Piętnaście lat później bestsellerowa pisarka przeprowadza wywiad z młodszą siostrą Marjorie, Merry. Opowiadając o wydarzeniach z okresu, gdy miała ledwie osiem lat, budzi do życia dawno pogrzebane sekrety i bolesne wspomnienia, niepodobne do tego, co telewidzowie ujrzeli na ekranach.
Wywołująca zawrót głowy opowieść dotyka problemów pamięci i rzeczywistości, nauki i religii, starając się dotrzeć do samej natury zła.

„Głowa pełna duchów” otrzymała nagrodę Brama Stokera dla najlepszego horroru roku.

 

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)


„Głowa pełna duchów” to kolejna książka, po którą pewnie bym nie sięgnęła, gdyby nie Dyskusyjny Klub Książki. Chociaż książka bardzo mi się podobała, długo nie mogłam zebrać się do napisania o niej choć kilku słów. A powód wydaje się całkiem prosty: tę książkę można odebrać na tak wiele sposobów, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.
Po długich miesiącach, gdy wszystko kręciło się wokół Marjorie, cieszyłam się, że wreszcie w domu dzieje się coś, co ma związek ze mną. Marjorie wysysała z rodziców wszystkie oszczędności, a ja czułam się niekiedy, jakbym zgubiła się gdzieś, niczym zdjęcie, które odkleiło się z rodzinnego albumu.
Książka Tremblay'a napisana jest bardzo przystępnie i wbrew pozorom, potrafi się ją czytać bardzo szybko. Historia wiruje wokół ograniczonego grona bohaterów i rozgrywa się głównie w domu Barretów, mimo to główne postacie obrazują całkiem różne postawy i podejścia. Z każdą kolejną stroną czytelnik zostaje wciągnięty w fabułę, ale również zmuszony do przemyśleń. W pewnym momencie zaczyna się nawet zastanawiać, co jest prawdą, a co fałszem, i w którym momencie autor nas oszukuje. Ta niejednoznaczność jest atutem tej powieści.

Zdecydowanie polecam! „Głowa pełna duchów” jest pełna popkulturowych smaczków, które fani horrorów z pewnością dostrzegą.

środa, 10 lipca 2019

Harlan Coben – „Krótka piłka”

Opis:

Myron Bolitar, #2

Mecz US Open zostaje przerwany przez odgłos strzału.

Ofiarą okazuje się zabita przed stadionem dwudziestoczteroletnia tenisistka, Valerie Simpson. Sześć lat wcześniej zapowiadała się na gwiazdę, jednak nieoczekiwane załamanie nerwowe położyło kres jej karierze. Valerie zamierzała jednak wrócić do sportu, a jako swojego agenta zaangażować właśnie Myrona Bolitara.

W przerwanym meczu brał udział klient Myrona, Duane Richwood, świetnie rokujący młody, ciemnoskóry debiutant. Chociaż kiedy padał strzał, cały stadion widział go walczącego na korcie, to właśnie Duane stał się podejrzanym numer 1.

Myron nie ma wyjścia – aby ocalić karierę i dobre imię swojego klienta, musi działać szybko. Razem ze zblazowanym przyjacielem, Winem, będzie musiał połączyć kawałki układanki, które pokierują ich do ekskluzywnego klubu, w którym pewnej letniej nocy popełnione zostało morderstwo…

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Świat wielkiego sportu jest idealnym miejscem do osadzenia fabuły kryminału. Mamy w nim wielkie pieniądze, sławę i zawiść. Wiele motywów i potencjalnych podejrzanych. Wystarczy dodać tylko coś zaskakującego, od siebie i już mamy przepis na ciekawą książkę. Mam wrażenie, że o dziwo, mało jest książek wykorzystujących ten temat (lub przynajmniej żadna nie wpadła dotąd w moje ręce).
Nie można zadowolić wszystkich, więc trzeba zadowolić siebie.
„Krótka piłka” zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Szybko przeniosłam się do przedstawionego świata i wczułam w rolę obserwatora gwiazd tenisa, chociaż prawdę mówiąc, ten sport nigdy mnie specjalnie nie kręcił. W ramach powieści było to jednak coś nowego i intrygującego. Zwłaszcza gdy towarzyszymy bohaterom, którym daleko do ideału.
- Zawsze ten sam stary Myron, co? Nigdy się nie zmienisz. Dziwię się, że jeszcze nikt cię nie skasował.
- Nie tak łatwo mnie zabić.
- Może i nie.
- A ponadto jestem świetnym tancerzem. Nikt nie lubi zabijać świetnego tancerza. Tak niewielu nas pozostało.
Jak dla mnie postacie wykreowane przez Cobena, mają w sobie to „coś”. Albo się ich kocha, albo nienawidzi. Kibicuje im lub wręcz przeciwnie. Przez to fabuła wydała mi się bardziej wiarygodna. Myron jest niejednoznaczny, o cierpkim poczuciu humoru i kąśliwej ironii, z pewnym kompleksem „spaczonego” bohatera, który nie umie odpuścić i po trupach dochodzi do sprawiedliwości, chociaż wiąże się to ze skrzywdzeniem wszystkich wokół. Na DKK specjalnie wybraliśmy książkę o tematyce sportowej i tak padło po prostu na „Krótką piłkę”, ale żałuję, że nie znam oblicza Myrona z pierwszej części.

Książka mi się podobała, choć w wielu miejscach była na swój sposób przewidywalna i czuło się, że pewne elementy układanki zbyt gładko wskakują w swoje miejsca. Mimo to świetnie się bawiłam przy czytaniu, każda kolejna strona wciągała mnie coraz bardziej, a humor rozładowywał atmosferę.

Zdecydowanie polecam!

niedziela, 30 czerwca 2019

Kristin Hannah – „Wielka Samotność”


Opis:

Alaska, 1974.

Nieobliczalna. Bezlitosna. Dzika.

Dla rodziny w kryzysie jest to ostateczny test na przetrwanie.

Ernt Allbright, były jeniec wojenny, wraca do domu po wojnie w Wietnamie całkowicie. Kiedy traci kolejną pracę, podejmuje impulsywną decyzję: przeniosą się całą rodziną na północ, na Alaskę, gdzie będą żyli bez prądu i wody – w ostatniej dzikiej części Ameryki.

Dorastająca trzynastoletnia Leni, dziewczynka w trudnym wieku, uwikłana w burzliwy związek rodziców, ma nadzieję, że w nowej krainie czeka lepsza przyszłość dla rodziny. Jej matka, Cora, zrobi wszystko i pójdzie wszędzie dla mężczyzny, którego kocha, nawet jeśli oznacza to pójście w nieznane.

Na początku Alaska wydaje się być odpowiedzią na ich modlitwy. W dzikim, odległym zakątku kraju odnajdują się wśród niezależnej społeczności silnych mężczyzn i kobiet.

Ale wraz z nadejściem zimy i ciemnościami obejmującymi Alaskę, kruchy stan psychiczny Ernta pogarsza się. Wkrótce niebezpieczeństwa na zewnątrz bledną w porównaniu z zagrożeniami wewnątrz. W ich małej chacie, pokrytej śniegiem, przez osiemnaście godzin nocy, Leni i jej matka poznają straszliwą prawdę: są sami. Na zewnątrz nie ma nikogo, kto by mógł ich uratować.

W tym niezapomnianym portrecie ludzkiej słabości i odporności Kristin Hannah ujawnia niezłomny charakter współczesnego amerykańskiego pioniera i ducha ginącej Alaski - miejsca o niezrównanym pięknie i niebezpieczeństwie. „Wielka samotność” to odważna, piękna, pełna życia opowieść o miłości, stracie i walce o przetrwanie…

https://www.empik.com/wielka-samotnosc-hannah-kristin,p1193261797,ksiazka-p

 

Moja ocena: Dobra (***)


Przyznam się, że "Wielka samotność" to moje pierwsze spotkanie z Kristin Hannah. Nie czytałam "Słowika", choć okładka do niego nie raz rzuciła mi się w oczy. W dodatku starałam się nie nastawiać do książki. Podejść do niej na świeżo. Bez stereotypów. Chociaż tytuł sam w sobie wiele czytelnikowi sugeruje. Nie napawa optymizmem.
- Coro, Alaska przyciąga dwa typu ludzi. Takich, którzy za czymś gonią, i takich, co przed czymś uciekają. Na tych drugich lepiej mieć oko. I nie tylko przed ludźmi trzeba się tu pilnować. Alaska potrafi w jednej chwili być uroczą Śpiącą Królewną, a w drugiej wredną suką z obrzynem. Mamy takie powiedzenie: tutaj można raz popełnić błąd, drugi ciebie zabije.
Przy upale lejącym się z nieba, literacka podróż w miejsce zimne i odludne, wydaje się dobrą opcją. W tym przypadku trafiamy na Alaskę. I wizyta ta wcale nie przypomina przyjemnej atmosfery, wyłaniającego się z mglistych wspomnień baru w "Przystanku Alaska". To opowieść o toksycznych relacjach, zmaganiu się z własnymi słabościami i o szukaniu samego siebie.
- Jak naprawdę wygląda? - spytała Matthew po lekcjach następnego dnia. Dzieci wokół nich zbierały rzeczy i szykowały się do wyjścia. - Co jak wygląda? - Zima.
Zastanawiał się chwilę.
- Jest piękna i straszna. Wtedy się dowiadujesz, czy Alaska jest dla ciebie. Większość przybyszów ucieka stąd jeszcze przed końcem zimy.
- Wielka samotność - wyszeptała. - Tak Robert Service nazywał Alaskę.
- Żebyś wiedziała - przytaknął z powagą.
Jestem w pewnej rozterce, bo sama nie wiem, co właściwie myśleć o Wielkiej Samotności i do kogo jest skierowana ta książka. Po spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Książki nawet odjęłam jej dwie gwiazdki na Goodreads. To nie tak, że mi się nie podobała, zwróciłam uwagę na rzeczy, których wcześniej nie zauważyłam. Poruszony temat był interesujący i ciekawie przedstawiony. Jednak z każdą kolejną stroną autorka coraz bardziej odchodziła od obranej drogi, dodając elementy pasujące do innych gatunków literackich. W tym przypadku niestety psuje to wykreowane wcześniej postacie, widać wyraźny dysonans między kolejnymi częściami. I w zależności od oczekiwań i preferencji czytelnika, książka może kogoś rozczarować. W dodatku porusza temat zespołu stresu pourazowego, co ma wpływ na odbiór książki. Nie jest to lekka i łatwa lektura.

Polecam, choć tylko od Was zależy, czy wybierzecie się w tę niebezpieczną podróż. Alaska u Kristin Hannah obiecuje wiele nadziei i rozczarowań. Ja zostałam zauroczona przez jej atmosferę i kryjącą się w niej dzikość. Sama wiem, że przez to przymykałam oczy na wiele innych rzeczy.

środa, 15 maja 2019

Jason Aaron, R.M. Guera – „Skalp”



 Dla kogo?
– Dla fanów komiksów? TAK
– Dla dzieci? NIE

Hmm… W końcu się przełamałam do napisania kilku słów o przeczytanym komiksie, a właściwie serii, choć wcześniej wolałam tego nie robić. Dlaczego? Powody są całkiem proste. Po pierwsze nie jestem ani znawcą ani zagorzałą fanką historii przekazywanych w ten sposób. Mój kontakt z komiksami na przestrzeni lat był raczej sporadyczny i głównie wiązał się z mangą. Po drugie nie oceniam komiksów (o czym można się przekonać np. na moim koncie na Goodreads), poza stwierdzeniem, że w jednych obszarach mi się podobały, a w innych nie. Gwiazdki nie oddają tego do końca, więc ich nie stosuję.

Myślę, że komiksu nie da się oceniać w mniej lub bardziej jednoznaczny sposób jak książkę. I choć jako czytelnicy zwracamy wiele uwagi na różne obszary naszej lektury np. styl, atmosferę, kreację świata i bohaterów itp., nie musimy jednocześnie dzielić uwagi na to, co widzi oko. Bo w tym przypadku różnie bywa. Powieść obrazkowa podaje nam wszystko na tacy. Jednak nie raz zdarzyło mi się, że choć z komiksem było fabularnie wszystko w porządku, nie podobała mi się tzw. „kreska”. I często to ona właśnie decydowała, czy coś oceniłam pozytywnie lub negatywnie, a historia sama w sobie spadała na drugi plan. Jakby wcale nie o nią tutaj chodziło.

Kreska w przypadku „Skalpu” jest bardzo toporna. Nie cieszy oka, raczej ma nam przypominać, że obracamy się w nurcie noir. Jest mrocznie, dosadnie, krwawo i jak dla mnie zbyt pstrokato, przez co wzrok męczył mi się bardziej niż w przypadku innych komiksów. Zwłaszcza gdy chciałam skupić się na jakichś szczegółach.

Zastanawiałam się, czy w ogóle poruszać ten temat, ale seria wydała mi się na tyle interesująca, że warto poświęcić jej chwilę uwagi. Przede wszystkim to ten rodzaj komiksu, który podważa stwierdzenie, że powieści obrazkowe są tylko dla dzieci. Skalp zdecydowanie nie jest dla dzieci! Wydaje mi się, że jest w nim wszystko, czego młody czytelnik nie powinien oglądać czyli: zabijanie, przemoc i seks. A to i tak kropla w morzu.

Więc dlaczego warto przeczytać Skalp? Fabuła opowiada o losach Indian zamkniętych w rezerwatach w dzisiejszej Ameryce, odzieranych z dumy i własnej tożsamości za pomocą pieniędzy białego człowieka, upchniętych na skrawku ziemi, żeby jak najszybciej umarli. Dla większości z nich codziennością jest nędza i stanie za dnia w kolejkach po jedzenie w punktach wydawania żywności, a wieczorem i w nocy zapominanie o swoim losie za pomocą alkoholu i narkotyków. Niektórzy stają się „biznesmenami”, próbującymi grać o wielkie pieniądze – w sposób mniej lub bardziej niezgodny z prawem. Jedni oddani tradycji, inni „nowocześni”, ale wszyscy walczą o jedno… o przeżycie.

Mocną stroną tej historii są bohaterowie, którym towarzyszymy podczas codzienności w rezie. Stajemy się obserwatorami ich decyzji, a także konsekwencji, do których one prowadzą. Przypominam, że Skalp nie jest miłą historią, więc często są one bardzo złe, a co za tym idzie potrafią mieć tragiczny finał.

Gdybym nie musiała przeczytać serii na Dyskusyjny Klub Książki pewnie w ogóle nie wpadłaby w moje ręce, a szkoda. W tej z pozoru prostej historii o życiu w rezerwacie zawarto szereg różnych motywów, które tylko czekają na odkrycie i zmuszają do chwili zastanowienia. Polecam, ponieważ w Skalpie nic nie jest czarne albo białe, raczej czerwone… jak krew.

niedziela, 24 marca 2019

Ken Kesey – „Lot nad kukułczym gniazdem”

Opis:


Lot nad kukułczym gniazdem, genialny debiut Kena Keseya, rozszedł się w samych tylko Stanach Zjednoczonych w nakładzie 10 milionów egzemplarzy.

Nakręcony na jego podstawie film Miloša Formana – z niezapomnianą kreacją aktorską Jacka Nicholsona – zdobył 5 Oscarów.

McMurphy, szuler, dziwkarz i zabijaka, udaje wariata, żeby wykpić się od odsiadywania wyroku. Pobyt w szpitalu psychiatrycznym wydaje mu się dobrym żartem. Do chwili, gdy dowiaduje się, że nie odzyska wolności, dopóki nie uznają go za wyleczonego. Decyzja należy do Wielkiej Oddziałowej, z pozoru uosobienia słodyczy i dobroci, w rzeczywistości sadystki znęcającej się nad pacjentami.
McMurphy, który buntuje przeciwko niej chorych, nagle zdaje sobie sprawę, że jeśli się przed nią nie ukorzy, nie opuści szpitala. Czy da się pokonać bezdusznemu Kombinatowi?
https://www.wydawnictwoalbatros.com/ksiazki/lot-nad-kukulczym-gniazdem-2/

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)


W marcu powracam z książką przeczytaną na Dyskusyjny Klub Książki. Tytuł oczywiście był mi znajomy, ale tak jak w wielu innych przypadkach, po ten klasyk nie miałam okazji wcześniej sięgnąć. Lot zaczęłam czytać znacznie wcześniej niż zaplanowane spotkanie DKK z obawy, że tematyka będzie przytłaczać. Nic bardziej mylnego. Kiedy przyzwyczaiłam się do specyficznego sposobu opisu i prowadzenia narracji, z każdą kolejną stroną czytało mi się coraz lepiej.
Nie daje zresztą personelowi poznać, że mu to cokolwiek przeszkadza – nic bowiem tak nie irytuje ludzi, którzy chcą ci obrzydzić życie, jak to, że zachowujesz się, jak gdybyś tego nie zauważał.
Nawet nie przeszkadzały mi te fragmenty, które suche i techniczne, niczym opis maszynerii, przybliżały czytelnikom proces leczenia według tzw. „Kombinatu”. W moim odczuciu tę budzącą strach instytucję możemy pojmować bardzo szeroko jako państwo i jego prawa, której elementem jest służba zdrowia. A także jako społeczeństwo, od którego mieszkańcy oddziału psychiatrycznego się izolują. I ten dobór słów nie jest tutaj przypadkowy, ponieważ większość pacjentów jest w zakładzie z własnej woli.
– Chcesz mi powiedzieć – mówi i nasłuchuje przez moment – że biorą tam faceta i puszczają mu prąd przez czaszkę?
– Trafnie ujęte.
– Po jakie licho?
– Dla jego dobra, oczywiście. To wszystko robi się dla dobra pacjentów. Przebywając wyłącznie na naszym oddziale, można odnieść wrażenie, że szpital to ogromny, precyzyjny mechanizm, który funkcjonowałby bez zarzutu, gdyby usunięto z niego pacjentów; prawda jednak wygląda inaczej. Elektrowstrząsy też nie są zamierzone jako środek represyjny – choć tak właśnie posługuje się nimi nasza oddziałowa – i zwykle personel nie stosuje ich z pobudek wyłącznie sadystycznych. Pewna liczba pacjentów uznanych za nieuleczalnie chorych odzyskała zmysły właśnie dzięki elektrowstrząsom; lobotomia też pomogła niejednemu. Kuracja wstrząsowa ma swoje zalety: jest tania, szybka i zupełnie bezbolesna. Wywołuje po prostu napad padaczkowy.
Bohaterów „Lotu nad kukułczym gniazdem” możemy podzielić na biernych, którzy dają się prowadzić silnemu przywództwu, i aktywnych – w tym przypadku na czoło wysuwają się Wielka Oddziałowa i McMurphy. Dwie silne osobowości, dwa przeciwieństwa, które nie mogą wzajemnie ze sobą koegzystować. Walka między nimi staje się bodźcem dla reszty pacjentów, udowadniając, że czasem warto wyjść ze swojej skorupy i strefy komfortu.

Zdecydowanie polecam!

środa, 27 lutego 2019

Joanna Bator – „Japoński wachlarz. Powroty”

Opis:


„Dziesięć lat temu trafiłam do kraju, o którym nigdy nie marzyłam i o którym nie wiedziałam wiele. Tamta podróż wydawała się być jednorazową przygodą, piękną, ale nieznaczącą, którą los ofiarował mi na życiowym rozdrożu w jednym z niewiarygodnych zbiegów szczęśliwych okoliczności. Wiem, że z różnych powodów podobna wyprawa już mi się nie przydarzy, dlatego wspominam ją z czułością i nostalgią. Jej zapisem jest „Japoński wachlarz", którego nową wersję oddaję czytelnikom do rąk. „Japoński wachlarz. Powroty", przewodnik osobisty i subiektywny, pozostaje tym, czym był od początku: kolekcją obrazków z podróży kreślonych wzorem zuihitsu, czyli „tak, jak pędzel prowadzi"." Joanna Bator (ze wstępu)

Joanna Bator uzupełniła książkę o nowe doświadczenia, w tym także o trzęsienie ziemi, jakie przeżyła w Tokio 11 marca tego roku, najpotężniejsze od czasu, gdy zaczęto je dokumentować.
 

Moja ocena: Bardzo dobra (****)


Na lutowy Dyskusyjny Klub Książki wybraliśmy bardziej egzotyczny kierunek naszej literackiej podróży, która zawiodła nas do Kraju Kwitnącej Wiśni, widzianego oczami Joanny Bator. Jak się okazało, była to podróż bardzo subiektywna, sentymentalna i naładowana dużym ładunkiem emocjonalnym, która dostarcza nam ciekawych informacji o Japonii.
W ręce ściskałam zupełnie nieprzydatny na początku atlas Tokio. Na moje oko każda strona wyglądała tak, jakby mapę europejskiego miasta ktoś pociął w niszczarce do dokumentów i posklejał na chybił trafił. 
Takie właśnie jest Tokio: jak Barbie i jak gejsza. Nie można jednak ufać swoim oczom, bo może się okazać, że piękność kusząca nasz wzrok to tak naprawdę mężczyzna w przebraniu kobiety. Albo kobieta udająca mężczyznę w przebraniu kobiety. Albo zupełnie na odwrót. 
Japończycy wolą naturę w jej przetworzonej i podporządkowanej człowiekowi formie i wtedy dopiero mogą ją ewentualnie „kochać”, co i tak znaczy coś innego w monsunowym kraju tak narażonym na naturalne katastrofy jak Japonia.
„Japoński wachlarz. Powroty” to ładnie zebrany i spleciony ze sobą zbiór wspomnień. Czuć w nim, że autorka z przyjemnością wraca myślami do swoich wyjazdów. W tym przypadku emocje nadają całej historii baśniowej otoczki. Autorka próbuje nie oceniać negatywnie żadnych doświadczeń, traktując je jako przygodę. I jednocześnie można wziąć to jako zaletę książki i jej wadę. Z jednej strony ta „bajkowość” zapewnia nam przyjemne doznania, kolejne części czyta się szybko, jest to idealna lektura na deszczowe popołudnie. Z drugiej można odczuć, że wszystko za ładnie się układa, że widzimy głównie pozytywne aspekty. Choć zdarzają się drobne i nieco kąśliwe szpileczki wbijane w mentalność i zachowanie Japończyków, autorka jest daleka od ich oceny.
W Japonii dorosłość utożsamiana jest ze społeczeństwem, społeczeństwo zaś przede wszystkim z opresją, koniecznością kompromisów i rezygnacją, a nie z emancypacją, sukcesem i władzą, charakterystycznymi dla modelu zachodniego. 
Na zawsze pozostać dzieckiem, schronić się w bezpiecznym zakątku matczynych ramion, nie ponosić odpowiedzialności, dać się kochać i za nic, za nic w świecie nie dorastać – to pragnienie, które jak twierdzą niektórzy badacze, nadaje kierunek współczesnej Japonii.
W moim odczuciu książka z pewnością ma walory dla kanapowego turysty tak egzotycznych krajów. Jest zbiorem licznych ciekawych informacji. Bator czasami nawet stara się może nie tyle walczyć, ile podważać romantyczne wyobrażenia mieszkańców „Zachodu” na temat Japonii. Jednak tak jak i w innych przypadkach, nic nie zastąpi bezpośredniego poznania. Bator kupiła mnie swoją bajkowością: przeżyciami i opowieściami swoimi i japońskich znajomych, tak jak wcześniej Karolina Bednarz swoją bezpośredniością i wyciąganiem „brudów” przy okazji „Kwiatów w pudełku”. Te dwa tak różne spojrzenia mimo wszystko udowadniają, że nic nie jest czarne albo białe. Lub różowe i słodkie – kawaii.

Reżyser filmu o gejszy Sayuri mówi, że jego ambicją było pokazanie „piękna, radości i smutku” świata gejsz, bo ludzie Zachodu nie wiedzą, „kim naprawdę są” te kobiety. Tymczasem również większość Japończyków nie potrafi powiedzieć, na ile obraz rzeczywistości pokazany w Wyznaniach gejszy jest wiarygodny. W postaci szarookiej gejszy Sayuri dostajemy bajkę opowiedzianą tak, jak robi to Hollywood, nigdy niestroniący od klisz, uproszczeń, egzotyzacji i erotyzacji w przedstawianiu innych kultur. Rzeczywiste dramaty kobiet, zamkniętych w fałszywym romantycznym wizerunku, pozostaną nieopowiedziane.

Amerykańska antropolożka Lisa Dalby porównywała gejszę do drzewka bonsai, ale metaforę tę można odnieść do japońskiej idei kobiecości w ogóle; tak jak gejsza „przycinana” i „naginana” była do ideału „kobiety rozrywkowej”, tak każdą inną osobę płci żeńskiej wychowywano na „kobietę domową”. Obie – choć w inny sposób – miały służyć mężczyźnie: pierwsza w domu, druga poza nim.

Zdecydowanie polecam!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...