Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura piękna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura piękna. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 czerwca 2021

Mikołaj Łoziński – „Stramer”

Opis:

Osobiste dramaty, miłości, zdrady i rozstania, świecące pustkami kieszenie i marzenia o fortunie. Nadzieja na sprawiedliwy świat, do którego nieuchronnie wdziera się Zagłada.

Zwyczajna rodzina. Nathan tęskni za Nowym Jorkiem, Rywka marzy o wycieczce nad morze. Wychowują szóstkę dzieci, które szybko dorastają: Rena zakochuje się ze wzajemnością w żonatym mężczyźnie, Rudek idzie na filologię klasyczną, ale jest realistą, więc znajduje pracę w Syndykacie Świec. Hesio i Salek ulegają fascynacji ideą komunizmu i grozi im aresztowanie, a Wela i Nusek nie mogą się już doczekać tej wymarzonej dorosłości.

Poznajemy każdego z bohaterów osobno, zaprzyjaźniamy się z nimi, odkrywamy ich słabości, sekrety i najskrytsze pragnienia, wchodzimy w ich świat, pełen kolorów, smaków, zapachów.

Czy domyślają się, co przed nimi? Kiedy konflikty narodowe zaczynają narastać, do świata Stramerów powoli wkrada się coś, czego jeszcze nie rozumieją. Choć już przeczuwają.

https://www.wydawnictwoliterackie.pl/produkt/3651/stramer

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Przygotowując się na kolejny Dyskusyjny Klub Książki, przeczytałam książkę Mikołaja Łozińskiego pt. „Stramer”. Tytuł odnosi się do nazwiska bohaterów, których życie jako czytelnicy obserwujemy. Saga żydowskiej rodziny, której losy związane są z Tarnowem, obrazuje zmiany, jakie dokonały się w ciągu czterdziestu lat – od początku XX w. do II Wojny Światowej.

– Trzeba wiedzieć, kiedy przegrać – powiedział Rudek. – To trudniejsze niż wygrywanie.

Początkowo czytało mi się ciężko. Z pewnością miało na to wpływ moje podejście do głowy rodu, czyli Nathana Stramera, który wrócił do Polski z USA. Irytował mnie od pierwszej strony, zrzucając winę za wszystko na innych ludzi: zaczynając od swojego brata Bena, który nie zatrzymał go w Stanach, przez swoje dzieci i żonę, po społeczność, w której żyli. Nietrafione biznesy rozlatywały się przez jego postępowanie, ale nawet nie próbował dłużej się nad tym pochylić. Nikt nie jest idealny, ale brakowało mi chwili na refleksje. Niemniej była to jedna z najbardziej barwnych postaci i nigdy nie było wiadomo, czego się po nim spodziewać.

Przyjechał zginąć na sprawiedliwej wojnie, oddać życie w słusznej sprawie, ale po kilku miesiącach już nie wiedział, czy ta wojna jest sprawiedliwa, sprawa słuszna i czy na pewno chce jeszcze zginąć.

Jak w wielu innych książkach, z każdą kolejną stroną czytało mi się coraz lepiej, a losy żydowskiej rodziny wciągały mnie bardziej. Przede wszystkim podobała mi się atmosfera. Z jednej strony widzimy bardzo „ludzkie” przedstawienie tych ludzi, to nie są żadni bohaterowie pełni patosu, z drugiej strony wiemy, co się za chwilę wydarzy i możemy tylko patrzeć, jak to na nich wpłynie. Wbrew pozorom nie odczuwałam przez cały czas przytłaczającego smutku, który jakoś nierozerwalnie łączy się z lekturami o tej tematyce. Nie było ciągłego podkreślania, że Żydzi byli ofiarami. Owszem byli, ale przede wszystkim byli jednak ludźmi, którzy mieli swoje pragnienia, marzenia i cele w życiu, dopiero zawirowania historii sprawiły, że część z nich doświadczyła niewyobrażalnego zła. Często literatura skupia się tylko na tych złych momentach, a „Stramer” Łozińskiego pozwala nam spojrzeć na te sprawy nieco inaczej.

Zdecydowanie polecam!

czwartek, 6 maja 2021

Pyun Hye-Young – „Popiół i czerwień”

Opis:

„Ostrzeżenia przed niebezpieczeństwem słyszymy częściej niż relacje z groźnych zdarzeń, ale kiedy w końcu niebezpieczeństwo nadchodzi – robi to bez zapowiedzi.”

Głównym bohaterem powieści Popiół i czerwień Pyun Hye-young jest badacz w firmie farmaceutycznej, którego normalne życie zostaje przewrócone do góry nogami, gdy pewnego dnia firma wysyła go do kraju C. Na lotnisku dowiaduje się o panującej w obcym kraju epidemii i zostaje poddany kwarantannie. Bez możliwości kontaktu z nikim znajomym od tej pory musi radzić sobie sam, a gdy dowiaduje się, że na dzień przed jego wyjazdem została brutalnie zamordowana jego była żona, a on jest głównym podejrzanym, jego pierwszym odruchem jest ucieczka. Ale to dopiero początek jego przygód, bo tak jak zdanie otwierające utwór ostrzeżenia przed niebezpieczeństwem słyszymy częściej niż relacje z groźnych zdarzeń, ale kiedy w końcu niebezpieczeństwo nadchodzi – robi to bez zapowiedzi…

http://kwiatyorientu.com/ksiazki/czerwone-i-popiol-pyun-hye-yun/

 

Moja ocena: Dobra (***)

Czy zdarza Wam się czytać książki, których atmosfera przytłacza i odrzuca, ale paradoksalnie przez to wciąga jeszcze bardziej? Tak czułam się, czytając „Popiół i czerwień”. Mając w pamięci inną książkę tej koreańskiej autorki pt. „Dół”, o której możecie poczytać »tutaj«, postanowiłam sięgnąć po kolejny tytuł. Choć książki diametralnie się od siebie różnią, za ich cechę wspólną można uznać skupienie się na człowieku.

Nie ma wirusa, który może zabić całą populację. Nawet jeśli 99,99 procent umrze, ci, którzy przeżyli, ci, którzy mają naturalną odporność, przetrwają. Tak jak bardzo toksyczna trutka sprawia, że słabe gryzonie stają się silniejsze, tak epidemie wzmacniają ludzki gatunek. I tak jak szczury, gatunku ludzkiego nie da się łatwo wytępić.

Powieść to historia mężczyzny, którego imienia nie poznajemy. Obserwujemy różne zawirowania losu, które go dotykają i jak, koniec końców, sam musi sobie z nimi poradzić. To obraz samotności i alienacji, w dodatku spotęgowany przez autorkę, poprzez umiejscowienie głównego bohatera w obcym kraju z minimalną znajomością języka i w obliczu epidemii. To wszystko składa się na smutną historię o wyobcowaniu, którego sami nie chcielibyśmy doświadczyć.

Strach przed zarażeniem wyparł współczucie. Żyli jak śmieci, ale śmiertelna choroba zakaźna odbierała im możliwość wyboru między życiem a śmiercią, Nie to, żeby dążyli do lepszego życia – po prostu bali się śmierci.

Niestety z jakiegoś powodu nie byłam w stanie współczuć mężczyźnie. W wielu kwestiach problemy, które się generowały były wyłącznie jego winą, a niektóre ważne sytuacje spływały po nim jak po kaczce. To nie jest typ bohatera, który mi odpowiada. Jednak książkę czytało mi się zaskakująco dobrze.

Polecam!

środa, 21 kwietnia 2021

Margaret Atwood – „Opowieść podręcznej”

Opis:

WSTRZĄSAJĄCA ANTYUTOPIA O PIEKLE KOBIET.

Świat jak z najgorszego koszmaru, gdzie reżim i ortodoksja są jedynym prawem.

Freda jest Podręczną w Republice Gilead. Może opuszczać dom swojego Komendanta i jego Żony tylko raz dziennie, aby pójść na targ, gdzie wszystkie napisy zostały zastąpione przez obrazki, bo Podręcznym już nie wolno czytać. Co miesiąc musi pokornie leżeć i modlić się, aby jej zarządca ją zapłodnił, bo w czasach malejącego przyrostu naturalnego tylko ciężarne Podręczne mają jakąś wartość.

Ale Freda pamięta jeszcze, choć wydaje się to nierealne, że kiedyś miała kochającego męża, wychowywali córeczkę, miała pracę, własne pieniądze i mogła mówić. Ale tego świata już nie ma…

https://wielkalitera.pl/sklep/literatura-piekna-obca/opowiesc-podrecznej/

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)

Na kolejny Dyskusyjny Klub Książki wybraliśmy książkę znaną i głośną, o której czytelnicy mogli przypomnieć sobie za sprawą nakręconego na jej podstawie serialu, ale i przez ubiegłoroczne strajki kobiet. Nic dziwnego. Tematyka powieści pozwala na znalezienie analogii do tych wydarzeń. Jeśli głębiej się nad tym zastanowić, jest to trochę niepokojące.

Z tymi naszymi skrzydłami – końskimi okularami – trudno patrzeć, trudno o pełny widok – nieba, czegokolwiek. Ale jakoś patrzymy, po troszeczku, szybki ruch głowy w górę, w dół i na boki. Nauczyłyśmy się oglądać świat, jakbyśmy gwałtownie łapały powietrze.

Margaret Atwood stworzyła historię, w której główną rolę odgrywają kobiety. Choć pozbawione są wszelkich praw, a ich rola spłycona do kilku zadań, paradoksalnie cały system zależy właśnie od nich. Tytułowa Podręczna służy tylko i wyłącznie do celów reprodukcyjnych, stając się surogatką dla majętnych rodzin. W tym przypadku płodność jest zarówno jej zaletą i wadą.

Z perspektywy dzisiejszych kobiet takie podejście do tematu razi. To niczym cofnięcie społeczeństwa do przeszłości i zaprzepaszczenie wszystkiego, co do tej pory osiągnięto. W imię wiary niewielka grupa narzuca wszystkim swoje racje. Trzeba zauważyć, że przedstawiona wiara nie ma nic wspólnego z religijnością jako taką, ma na celu osiągnięcie konkretnego celu. Wiara, jak i uprzedmiotowienie kobiet, są instrumentami kontroli i wyjaśnieniem takiego, a nie innego postępowania. Pewne jest tylko jedno: z czasem wszystko potrafi się zmienić, nie wiadomo tylko, czy na lepsze, czy gorsze.

Zdrowe zmysły to cenny skarb, oszczędzam je, jak kiedyś ludzie oszczędzali pieniądze. Odkładam na później, żebym ich miała dość, gdy przyjdzie czas.

Przyznam, że to jedna z tych książek, które potrafią przerazić i nie potrzebują wcale wielkiego rozlewu krwi, czy potworów czających się w ciemności. W końcu człowiek potrafi okazać się gorszy niż wszystkie inne zagrożenia. Nie bez powodu mówimy człowiek człowiekowi wilkiem. Polecam! Jest to bardzo dobrze napisana literatura, która potrafi wzbudzić w czytelniku wiele emocji.

środa, 17 marca 2021

Margaret Mitchell – „Przeminęło z wiatrem”

Opis:

Scarlett O’Hara. Rozpieszczona córka plantatora bawełny. Intrygantka o zielonych oczach, najwęższej talii w trzech hrabstwach i niebywałym tupecie, dzięki którym prawie każdego mężczyznę potrafi okręcić sobie wokół palca. Ale ona zechciała tego jedynego, który jej nie uległ…

Nawet kiedy na jej drodze staje Rhett Butler – bezkompromisowy, inteligentny i cyniczny oficer – nie zamierza zmieniać swoich planów. A Rhett nie zamierza zrezygnować z niej…

Jednak w życiu Scarlett to nie mężczyźni są najważniejsi. Zdana tylko na siebie, poświęca wszystko, aby w ogniu wojny secesyjnej ratować rodzinny majątek – Tarę. I z beztroskiej dziewczyny zaczyna się zmieniać w dojrzałą kobietę.

Powieść o kobiecej niezłomności, walce o rodzinę i własne szczęście. A także o błędach, za które czasami trzeba zapłacić najwyższą cenę…

https://www.wydawnictwoalbatros.com/ksiazki/przeminelo-z-wiatrem/?edition=3

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Jednym z gatunków literackich, które zazwyczaj omijam szerokim łukiem, jest klasyka światowego romansu. Kojarzy mi się ona głównie z bohaterkami, których głównym problemem jest, w co się ubiorą na zabawę i z kim zatańczą (lub nie). Wychowane w bogatych domach, bez trosk, bez pracy, bez obowiązków, przekonane o własnej wyjątkowości, zupełnie nierozumiejące zwykłych ludzi. „Małym Kobietkom” Alcott udało się mnie przekonać do siebie od razu, „Przeminęło z wiatrem” nie. Główna bohaterka irytowała mnie od pierwszych stron, uosabiając niemal wszystko, czego nie lubię w tym gatunku. Na szczęście moją uwagę przykuł „czarny charakter” tej powieści, który jako jedna z niewielu postaci, był naprawdę szczery i na każdym kroku demaskował zachowanie Scarlett.

Scarlett nie zdawała sobie sprawy, że wszystkie dawniej obowiązujące zasady przebrzmiały I że za uczciwą pracę nie otrzymuje się już nagrody.

I choć postać Scarlett O’Hary bardzo mnie denerwowała, z każdą kolejną przeczytaną stroną zaczęłam doceniać tę historię. Przede wszystkim podobały mi się opisy wojny secesyjnej z perspektywy mieszkańców Południa i zmiany światopoglądowe, jakie po niej nastąpiły. Bańka mydlana musiała w końcu pęknąć i wszyscy, niezależnie od swojej wcześniejszej pozycji musieli ubrudzić sobie ręce i zacząć ciężko pracować.

Życie nie jest obowiązane dawać nam to, czego oczekujemy. Bierzemy to, co nam daje, i jesteśmy wdzięczni, że nie jest gorzej.

Jestem zaskoczona, że wystawiłam tej książce tak wysoką ocenę. Powieść jest bardzo przemyślana i rozbudowana, pełna emocji i postaci z krwi i kości. „Gardziłam” postępowaniem głównej bohaterki, która doprowadzała mnie w niektórych momentach do szewskiej pasji, ale muszę zwrócić uwagę, że przez to zostanie w mojej pamięci. Na jej tle doceniamy zachowanie innych bohaterów. Zakończenie, choć przewidywalne, było dobrym podsumowaniem całej historii.

Polecam!

 

środa, 3 marca 2021

Stanisław Lem - „Pamiętnik znaleziony w wannie”

 Opis:

Pamiętnik znaleziony w wannie jest jedną z najbardziej zagadkowych książek Lema. Czyta się jak zabawną satyrę na przeżarty wiarołomstwem świat nowoczesnego wywiadu, ale jak wszystkie teksty w świecie szpiegów – jest tekstem szyfrowanym. Uważny czytelnik odkryje tu krytykę totalitarnego państwa, ale też paraboliczną przypowieść o sytuacji człowieka zagubionego w kosmosie znaków, które produkuje społeczeństwo, kultura, literatura, świat fizyczny i biologia. I tak groteska i drwina przemieniają się niepostrzeżenie – w filozofię.

https://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/4276/Pamietnik-znaleziony-w-wannie/

Moja ocena: Ujdzie w tłumie (**)

Rok 2021 został ogłoszony rokiem Stanisława Lema. Z tej okazji zaproponowałam na Dyskusyjnym Klubie Książki, byśmy sięgnęli po tego autora. Traf chciał, że padło na „Pamiętnik znaleziony w wannie” ze względu na dostępność na Legimi. Ten tytuł wydawał się dość bezpiecznym wyborem. Zwłaszcza wśród futurystycznych książek przesiąkniętych nowomową. Nic bardziej mylnego.

– (…) Ale to… to brzmi jak… – nie dokończyłem.
– Szyfr powinien przypominać wszystko z wyjątkiem szyfru – odparł.

Mam mieszane uczucia do tego tytułu. Ponieważ z jednej strony było mi bardzo ciężko się wczuć, ale na swój pokrętny sposób, wciągnęłam się w tę historię. Choć jeśli miałabym opisać ją jednym słowem, pierwsze co przychodzi mi na myśl to: dziwna. Nie był to stracony czas, ale nie poczułam się zrelaksowana. Pamiętnik wymagał ode mnie dużego skupienia. Musiałam robić sobie przerwy, żeby nie pogubić się w tej historii, i nie mogę powiedzieć, że zawsze mi się to udało.

Kiedy wszyscy są wariatami, nikt nie jest wariatem…

Lem bawi się swoim głównym bohaterem i w pewnym sensie także czytelnikiem, wrzucając go w wir absurdu, w trybiki machiny, której daleko do doskonałości. Autor przygląda się jednostce pod kątem indywidualności, wyznawanych wartości i motywacji w zderzeniu z instytucją rządową. W dodatku tajną o dużym poziomie biurokratyzacji. Miałam wrażenie, że to wojskowa korporacja, w której człowiek się po prostu gubi i traci sens. Podobne poczucie zagubienia nie opuszcza ani bohatera, ani czytelnika.

Mimo wszystko uważam, że warto spróbować poznać ten tytuł.

środa, 17 lutego 2021

John Steinbeck – „Na wschód od Edenu”

Opis:

Powieść uznawana za najwybitniejsze dzieło Steinbecka opowiada o tragicznym losie rodziny Trasków, która na przełomie XIX i XX wieku osiedliła się w dolinie Salinas. Adam Trask, farmer, samotnie wychowuje dwóch synów – Arona i Kaleba. Chłopcy różnią się od siebie jak woda i ogień, a jedyne co ich łączy, to nieustanna rywalizacja o miłość surowego ojca. Aron jest spokojny i posłuszny, Kal to urodzony buntownik, który żywi wyraźną niechęć do brata i za wszelką cenę chce odnaleźć matkę. Napiętą sytuację między braćmi pogłębia jeszcze miłość do tej samej dziewczyny – Abry. W końcu Kaleb odnajduje matkę, demoniczną Kathy, w domu publicznym i odkrywa, że jest ona zupełnym przeciwieństwem tego, co uosabia ukochany ojciec. Rozdarcie wewnętrzne, konieczność dokonania wyboru i nadmiar napięć doprowadzają do tragedii…

„Na wschód od Edenu” to jedna z najwybitniejszych i zarazem najpopularniejszych powieści XX wieku. Podczas gdy w warstwie fabularnej jest realistyczną sagą rodziny kalifornijskich ranczerów, jej drugie, głębsze dno można odczytywać jako reinterpretację biblijnej historii o Kainie i Ablu i przypowieść o walce dobra ze złem w człowieku.

https://www.proszynski.pl/Na_wschod_od_Edenu-p-30879-.html

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)

Wypełniając książkowe bingo i tym samym realizując postanowienie, by sięgać po gatunku inne niż zwykle, natrafiłam na książkę Johna Steinbecka „Na wschód od Edenu”. To pierwsza książka, która pojawia się na liście Lubimy Czytać pod hasłem saga rodzinna. I moje pierwsze wrażenie? Wow. Ta książka to jest coś. Widziałam, że ma dobre oceny, więc jakoś naturalnie wyszło, że miałam wobec niej duże oczekiwania i nie zawiodłam się.

Myślę, iż różnica między kłamstwem a opowieścią polega na tym, że opowieść posługuje się akcesoriami i pozorami prawdy w interesie zarówno słuchacza, jak opowiadającego. Opowieść nie ma w sobie ani zysku, ani straty. Natomiast kłamstwo jest środkiem zapewniającym korzyść albo ucieczkę. Przypuszczam, że jeżeli trzymać się ściśle tej definicji, powieściopisarz jest kłamcą – o ile ma finansowe powodzenie.

„Na wschód od Edenu” jak na sagę rodzinną przystało, przedstawia nam kilka pokoleń. Z jednej strony czujemy upływ czasu, z drugiej obserwujemy rozwój poszczególnych bohaterów na tle konkretnych wydarzeń. Narodziny i śmierć zataczają koło. Losy postaci rozgrywają się w pewnych ramach czasowych, dlatego dodatkowo stajemy się świadkami znacznego skoku dziejowego między XIX a XX wiekiem w Stanach Zjednoczonych.

Tutaj stawiam regułę: wielka i trwała opowieść musi mówić o każdym, bo inaczej nie przetrwa, To, co dalekie i obce, nie jest interesujące – tylko rzeczy głęboko osobiste i blisko znane.

Książka jest napisana niesamowicie. Plastyczna, obrazowa, interesująca. W moim odczuciu akcja i opisy są wyważone. W dodatku powieść Steinbecka przedstawia wartościową historię. Znajdziemy w niej wiele rozważań na różne tematy, ale w żaden sposób nie jest nachalna czy moralizatorska, poza tym, że zmusza do własnych przemyśleń. Miałam wrażenie, że wręcz płynę ze strony na stronę. To jedna z tych książek, w których chcesz wiedzieć, co wydarzy się dalej, ale jednocześnie nie chcesz kończyć jej czytać. Ot, taki paradoks.

Zdecydowanie polecam! Spędziłam przyjemnie czas na intrygującej i wartościowej historii. Mogę sobie tylko życzyć, by trafiać na tak dobre pozycje książkowe jak ta Steinbecka.

środa, 3 lutego 2021

Mikołaj Grynberg – „Poufne”

Opis:

Piękna, osobista proza o losach pewnej żydowskiej rodziny naznaczonej długim cieniem historii. Podążając za narratorem, śledzimy sceny z codziennego życia, pełne czułości i humoru, niekiedy trudne, przepełnione doświadczeniem choroby i straty. Tutaj przeszłość bywa obciążeniem, ale także powodem do wyzwalającego śmiechu, a ironia i miłość pozwalają radzić sobie z gorzkim dziedzictwem. Bohater, kiedyś mały chłopiec, syn i wnuk, teraz ojciec i mąż, obserwuje rodzinne losy i pyta sam siebie: czyim życiem żyję?

https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/poufne?gclid=EAIaIQobChMIptOOz9LL7gIVATcYCh0bewBgEAAYASAAEgKjZ_D_BwE

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)

Nowy Rok na Dyskusyjnym Klubie Książki rozpoczęliśmy książką Mikołaja Grynberga pt. „Poufne”. Jest to dla mnie pierwsze spotkanie z tym autorem. Szczerze mówiąc, po opisie książki czułam pewne obawy, ponieważ tytuły poświęcone tematyce żydowskiej są zazwyczaj „obciążone” martyrologiczną atmosferą. Moje obawy okazały się jednak nieuzasadnione.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to użyta przez autora forma. Przypomina ona zbiór opowiadań poświęconych jednemu tematowi, czyli Żydom i ich życiu. I wbrew pozorom ukazano życie zwyczajne, rodzinne, pełne emocji, miłości i szczęścia. Teksty są tak minimalistyczne, jak wieńcząca ten tytuł okładka, i mieszczą się w sumie w 150 stronach.

Z opisu wydawniczego dowiadujemy się, że jest tu przedstawiona historia jednej rodziny, choć poza niektórymi fragmentami jakoś tego nie odczułam. Każda część jest na tyle uniwersalna, że broni się sama. Efekt ten potęguje zabieg wybrany przez autora, czyli brak imion bohaterów i skupienie się na opisowym, funkcyjnym przedstawieniu postaci (np. syn, matka, dziadek itp.). W ten sposób te opowieści mogłyby dotyczyć większości Żydów, a niektóre wszystkich bez wyjątku.

Doceniam tytuły, które potrafią mówić o sprawach poważnych i trudnych, w bardzo wyważony i delikatny sposób. Jeśli jest to zrobione umiejętnie, wcale nie spłyca się tematu, nie traci on na znaczeniu, a dzięki temu jest większa szansa, że czytelnik sięgnie po taką książkę. Nie oszukujmy się, przeważnie chcemy przyjemnie spędzić czas, a nie dodatkowo się dołować. „Poufne” doskonale wpisuje się w ten trend.

Zaskoczył mnie nie tylko bardzo przyjemny w odbiorze styl, ale przede wszystkim atmosfera, podnosząca na duchu i zabawna, trochę odzierająca temat z martyrologii i ciągłego robienia z Żydów ofiar. Bohaterowie Grynberga to normalni ludzie. Co prawda zdarzają się fragmenty lepsze i gorsze. Te, które w moim odczuciu najmniej pasowały do książki, po prostu zignorowałam, skupiając na tych, za które polubiłam dane postacie czy sytuacje.

Zdecydowanie polecam! Mam wrażenie, że w „Poufnym” każdy może znaleźć coś dla siebie. W moim przypadku były to „Latałezy”, które przypomniały mi „Słowika” Kristin Hannah. Jeśli ciekawi Was moja opinia o „Słowiku” zapraszam >>>tutaj<<<.

środa, 27 stycznia 2021

Małgorzata Warda – „Nikt nie widział, nikt nie słyszał...”

Opis:

Poruszająca, współczesna powieść o zaginionych dzieciach i skutkach, jakie ich zniknięcie wywołało na zawsze u najbliższych. Lena od dwudziestu lat próbuje dojść, gdzie podziewa się jej mała siostrzyczka Sara, która nagle „wyparowała” z podwórka w Gdyni. Co przydarzyło się Agnieszce, młodej Polce z Paryża? Kim jest zalękniona kobieta odnaleziona przez policję na plaży w Łebie? Czy któraś z nich jest zaginioną Sarą?

https://www.swiatksiazki.pl/nikt-nie-widzial-nikt-nie-slyszal-5711237-ksiazka.html

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)

„Nikt nie widział, nikt nie słyszał...” to jedna z tych książek, które od dawna zalegają na mojej półce. Zresztą jak tak na nią patrzę, to widzę, że jest nadgryziona zębem czasu. Pożółkłe strony, zapach kurzu i starego papieru. Brzmi, jakby nie wiadomo, ile u mnie spędziła, prawda jest jednak taka, że wydano ją w 2015 r., czyli tylko sześć lat temu. W sumie nie nastawiłam się na coś konkretnego, ale muszę przyznać, że podczas lektury zostałam zaskoczona bardzo pozytywnie. Fabuła wciągnęła mnie od pierwszych stron.

Lustra są trudnością. W lustrach świat wydaje się niedokładnie ten sam. W lustrze, jak w zaczarowanym zwierciadle, kobieta zaczyna się odsłaniać.

Małgorzata Warda przybliża nam postacie Leny i Agnieszki, dwóch kobiet, których z pozoru nic nie łączy. Z każdą kolejną stroną szukałam powiązań między nimi, bo że istnieje jakiś powiązanie, byłam pewna. Od kiedy zaświtała mi myśl, że coś jest nie tak, siedziało ukryte, gdzieś w zasięgu wzroku. To uczucie spotęgowała historia trzeciej bohaterki – Moniki. Początkowo losy trzech kobiety nie przeplatają się, potem zaś jest to raczej epizodyczne jako wzmianki czy kawałek piosenki. Jak potoczą się ich losy? Musicie przekonać się sami.

Książka bardzo mnie zaskoczyła i sama zastanawiam się, dlaczego uczyniłam z niej przykrytego kurzem „półko-wnika”. Być może miała na to wpływ moja obawa, że tytuł okaże się trudny i dojmujący ze względu na wybraną tematykę. Nic bardziej mylnego! Zniknięcia dzieci zostały przedstawione czytelnie, ale bez przytłaczania czytelnika atmosferą. Przez to chyba łatwiej zżyć się z głównymi bohaterkami.

Zdecydowanie polecam! Moje pierwsze literackie spotkanie z twórczością Małgorzaty Wardy, oceniam na bardzo udane.

środa, 20 stycznia 2021

Kristin Hannah – „Słowik”


Opis:

Miłość pokazuje nam, kim chcemy być.

Wojna pokazuje, kim jesteśmy.

Światowy bestseller już w Polsce!

Dwie siostry, Isabelle i Vianne, dzieli wszystko: wiek, okoliczności ,w jakich przyszło im dorastać, i doświadczenia. Kiedy w 1940 roku do Francji wkracza armia niemiecka, każda z nich rozpoczyna własną niebezpieczną drogę do przetrwania, miłości i wolności.

Zbuntowana Isabelle dołącza do ruchu oporu, nie zważając na śmiertelne niebezpieczeństwo, jakie ściąga na całą rodzinę. Opuszczona przez zmobilizowanego męża Vianne musi przyjąć do swego domu wroga. Cena za uratowanie własnego życia i dzieci z czasem staje się dramatycznie wysoka…

Inspirowana życiorysem bohaterki ruchu oporu Andrée de Jongh opowieść o sile, odwadze i determinacji kobiet zachwyciła miliony czytelniczek na całym świecie.

https://www.swiatksiazki.pl/slowik-6330802-ksiazka.html

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)

Na Dyskusyjnym Klubie Książki przeczytaliśmy kiedyś „Wielką Samotność” Kristin Hannah, ale szczerze mówiąc, nie zachwyciła nas. W tym kontekście „Słowik” podobał mi się bardziej. Zarówno fabuła i kreacja bohaterów jest atutem tej książki. Dodatkowo potrafi ona wzbudzić szereg emocji i zmusić czytelnika do zastanowienia. W końcu za łatwo czyta się o wojnie z perspektywy kanapy w ciepłym domu.

– Isabelle wydaje się nie do złamania. Na zewnątrz to czysta stal, a w środku serce miękkie jak wosk. Nie zrań jej, to chcę powiedzieć. Jeżeli jej nie kochasz…
– Kocham.
Vianne przyjrzała mu się badawczo.
– A ona o tym wie?
– Mam nadzieję, że nie.
Jeszcze przed rokiem Vianne nie zrozumiałaby tej odpowiedzi. Nie miałaby pojęcia o istnieniu mrocznej strony miłości ani o tym, że ukrywanie uczuć bywa niekiedy aktem miłosierdzia.

Autorka przypomina, że na wojnie nic nie jest czarne albo białe, przez to ukazana przez nią historia jest bardzo wyrazista i prawdziwa. Oparta na życiorysie członkini ruchu oporu i osadzona w konkretne ramy historyczne. Nieraz pytałam mojego męża – historyka – czy tak było w danym czasie we Francji i dostawałam odpowiedź twierdzącą. Realizm jest więc bardzo mocną stroną „Słowika”.

Przed takim ryzykiem wszyscy ją ostrzegali, tak wyglądała okropna prawda, której nie chciała przyjąć do wiadomości. Wydawało jej się, że bierze udział w znakomitej przygodzie, a tymczasem… Jeśli się załamie, to zginie, pociągając za sobą ludzi, których kochała.

Jak wiele pozycji o tej tematyce, „Słowik” jest bardzo przejmujący. Ukazuje różne oblicza człowieczeństwa i trudnych ludzkich wyborów. Nie jest to książka łatwa, mówi o wielu aspektach wojny. Skupia się na uczuciach i instynktach. Kristin Hannah rysuje przed czytelnikiem proste do wyobrażenia obrazy za sprawą bogatych opisów, ale ładuje w nie całe spektrum emocji. Tym samym obok przedstawionej historii nie można przejść obojętnie.

Zdecydowanie polecam! „Słowik” mówi o trudnym temacie, jakim jest wojna, ale robi to w sposób wyważony i trafiający do serca. Przedstawia ludzkie dramaty, wolę przetrwania, odwagę, ale również miłość, która okazuje się dla niektórych źródłem niewyczerpanej siły. Jeśli lubicie takie historie o wojnie, to książka jest dla Was.

środa, 6 stycznia 2021

Madeline Miller – „Kirke”


Opis:

Matka – Wiedźma – Bogini – Kreatorka – Niszczycielka – Potwór – Kobieta – Wyrzutek

Kirke

Daj się jej oczarować.

Jeśli chcesz wiedzieć, kim jesteś, zawalcz o swoje miejsce na świecie.

Kirke długo nie wiedziała, kim jest. Urodziła się wśród bogów, lecz była dla nich zbyt mało potężna. Zbyt mało piękna. Zbyt mało okrutna. Wszyscy myśleli, że nie ma żadnej mocy. Lecz kiedy spotkała pierwszego śmiertelnika, stało się jasne, że drzemie w niej siła, która może zagrozić wszystkim bogom. A wtedy zaczęli się bać.

Kirke musiała zapłacić za ich strach. Odtrącona przez bogów i ludzi była zmuszona sobie radzić sama. Kolejne próby, przed którymi postawił ją los, przygotowywały ją do tej najważniejszej. Aby ochronić to, co kocha, Kirke będzie musiała zebrać wszystkie siły i zdecydować raz na zawsze, czy należy do bogów, z których się urodziła, czy do śmiertelników, których pokochała.

Moja ocena: Dobra (***)

Moja pierwsza recenzja w nowym roku, choć ta mitologiczna podróż była ostatnią, jaką odbyłam w roku 2020. Dawniej uwielbiałam mitologię grecką i rzymską. Z czasem to uwielbienie osłabło, ale wciąż z rozrzewnieniem wspominam te czasy. Za sprawą „Kirke” poznajemy nieco inne oblicze tytanów, bogów i śmiertelników. Świat nieśmiertelnych rządzi się własnymi prawami, ale wbrew pozorom nie różni się od ludzkiego. Wszelkie emocje są identyczne: od miłości do nienawiści.

– Pomogłeś śmiertelnym – wymamrotałam. – Dlatego cię ukarano.
– Tak.
– Powiesz mi, jacy oni są?
To było dziecinne pytanie, ale skinął głową z powagą.
– Na to nie ma jednej odpowiedzi. Każdy jest inny. Łączy ich jedynie śmierć. Znasz to słowo?
– Znam – powiedziałam. – Ale go nie rozumiem.

Książkę początkowo czytało mi się ciężko. Miał na to wpływ stylizowany język, miejscami bogaty, czasem trochę pompatyczny, ale dla mnie przyciężkawy w odbiorze. To nie znaczy, że lektura jest napisana źle, po prostu zmusiła mnie do większej uwagi, której w tamtej chwili nie mogłam jej poświęcić. Zupełnie subiektywny odbiór i odczucia. Gdy już potocznie mówiąc, wgryzłam się w opowieść, było znacznie lepiej.

Pozwólcie, że powiem, czym czarna magia nie jest: to nie boska moc, która przychodzi na zawołanie. To coś, co należy stworzyć, wypracować, zaplanować i odnaleźć, wykopać, wysuszyć, posiekać i utłuc, uwarzyć i odpowiednio wymieszać. Nawet po tym wszystkim może zawieść, w przeciwieństwie do bogów.

Tytułową czarodziejkę znamy głównie jako epizodyczną postać z historii o Odyseuszu. Madeline Miller rozszerza ten wątek i przedstawia jej losy także przed i po tych wydarzeniach. Historia Kirke uwypukla bezwzględność bogów, rzuca cień na przygody znanych bohaterów. Odziera ich ze świetności i zrzuca z piedestału. Można odnieść wrażenie, że autorka walczy z epopeją jako utworem literackim. Podważa sposób przedstawiania historii antycznej z charakterystycznym przeświadczeniem o słuszności wyborów i łaski panów z Olimpu dla słusznej sprawy, gdzie rola ludzi sprowadza się do bycia pionkiem w grze nieśmiertelnych. Dość luźno przytaczając słowa padające w książce, człowiek nieszczęśliwy bardziej powierza swój los w ręce bogów i składa im ofiary, niż kiedy jest szczęśliwy. Dlatego zsyłanie na niego nieszczęść bardziej im się opłaca.

Każdy kolejny wysiłek uczył mnie na pewno tego, że warto się wysilić.

Historię oceniam na dobrą. Zainteresowała mnie, choć nie wbiła w fotel. Miller postanowiła stworzyć kobiecą postać, dążącą do niezależności w bardzo zmaskulinizowanym świecie. Wygnanie zamiast być dotkliwą boską karą, staje się dla czarodziejki drogą do poznania samej siebie i otwiera przed nią nowe możliwości. To trochę inne spojrzenie na antycznych bohaterów od tego, które znamy. Lektura zdecydowanie warta uwagi.

Polecam!

środa, 23 grudnia 2020

Dolores Reyes – „Ziemiożerczyni”

Opis:

Magiczny realizm prosto z obrzeży Buenos Aires. Liryczna i brutalna powieść balansująca na granicy przerażającej rzeczywistości i ludowych wierzeń.

„Dlaczego ja, ziemio?”

Kiedy była małą dziewczynką, połknęła ziemię i doznała wizji, jak ojciec bije matkę na śmierć. Wtedy Ziemiożerczyni odkryła w sobie niezwykły dar, który wyznaczył jej życiu nową ścieżkę.

Wieść o lokalnej jasnowidzce roznosi się po okolicy. Kolejni krewni zaginionych osób stają przed nią z garstką ziemi i nadzieją na poznanie prawdy.

Jednak w miejscu, gdzie zaniedbanie i niesprawiedliwość względem kobiet wypływają z każdego zakątka, nie ma przyzwolenia na prawdę.

Moja ocena: Dobra (***)

Przygotowania na grudniowy Dyskusyjny Klub Książki upłynęły pod znakiem „Ziemiożerczyni” autorstwa Dolores Reyes. Co prawda jest to tytuł mało świąteczny, ale dość krótki, więc jeśli chcecie polepszyć swoje czytelnicze statystyki pod koniec roku, z pewnością się do tego nada. Przyznam się, sama właściwie nie wiem, co sądzić o tej książce. Ciężko powiedzieć czy mi się podobała, czy nie, choć z pewnością zaintrygował mnie tytuł. Temat, mimo że osobliwy, na swój sposób jest interesujący. Byłam ciekawa, co wydarzy się dalej.

Zaczęłam zauważać, że ci, którzy szukają bliskiej osoby, mają coś, jakby bliznę blisko oczu, blisko ust, mieszankę bólu, złości, siły, oczekiwania, przybierającą określony kształt. Jakąś skazę, w której żyje ten, kto nie wraca.

Lekturę czytało mi się dość szybko i fabuła od razu mnie wciągnęła, ale... Mimo tego, że ta historia na wielu płaszczyznach jest przejmująca, czegoś mi w niej brakowało. Nie wczułam się tak, jak powinnam, choć to opowieść o desperacji, bólu i nadziei. „Ziemiożerczyni” jest napisana prosto i uniwersalnie. Przez to ciężko zżyć się z bohaterami, o których de facto mało co wiemy. Gdyby zmienić im imiona i wrzucić w inny krąg kulturowy, to ta historia cały czas miałaby sens. Jakby nie patrzeć, można to uznać zarówno za atut, jak i wadę.

Książka mnie nie zachwyciła, ale to nie był źle spędzony czas. Po prostu są lektury, które trafione w dobrej chwili, znacznie zyskują w oczach. Widocznie w moim przypadku to nie była idealna chwila dla „Ziemiożerczyni”. Polecam, może Wam spodoba się bardziej. Czekam na Wasze wrażenia!

środa, 16 grudnia 2020

Louisa May Alcott – „Małe kobietki”

Opis:

Czym jest wolność i jak podążać własną ścieżką? Pod koniec XIX wieku niewiele kobiet się nad tym zastanawia, jednak Marmee March uczy tej postawy swoje córki. Meg, Jo, Beth i Amy - cztery siostry o wyrazistych charakterach, mimo trwającej wojny secesyjnej, nieobecności ojca i wielu trudności dzielą się z innymi entuzjazmem i miłością do życia.

Od powstania „Małych kobietek” minęło sto pięćdziesiąt lat, a jednak ponadczasowa powieść niezmiennie inspiruje kolejne pokolenia; to historia o dorastaniu, buncie przeciw społecznym oczekiwaniom, zwłaszcza wobec kobiet, i balansowaniu pomiędzy potrzebą niezależności a miłością.

https://sklep.poradniak.pl/kolekcja/nowosci/male-kobietki-louisa-may-alcott

Moja ocena:

Sama jestem zdziwiona, jak bardzo podobała mi się ta historia. Klasyki literatury kobiecej unikałam jak ognia. Dlatego zaczęłam się zastanawiać, czy to już starość? Tak jak na jednym internetowym memie, gdzie pojawiają się seniorzy 30+. Powieść Alcott wybrałam tylko dlatego, że prześladował mnie trailer najnowszej ekranizacji z Saoirse Ronan i Emmą Watson. W tym miejscu miała się pojawić recenzja pierwszej części jej cyklu dla dziewcząt pt. „Małe kobietki”, ale że na Legimi przeczytałam wersję z kinową okładką, okazało się, że są tu dwie książki w jednej. Idąc za ciosem, sięgnęłam po kolejne tomy i wcale tego nie żałuję, choć moja ocena różniła się w zależności od tomu.

Moje drogie dziewczynki, mam w stosunku do was ambicje, ale nie chodzi mi o to, byście zrobiły furorę w świecie: wyszły za mąż za bogatych mężczyzn wyłącznie ze względu na ich bogactwo albo miały wspaniałe pałace, które nie są domami, bo brakuje w nich miłości. Pieniądze są rzeczą cenną i potrzebną – a jeśli dobrze użyte, także szlachetną – ale nie chciałabym nigdy, żebyście uważały je za główny czy jedyny cel w życiu. Wolałabym raczej widzieć was jako żony biednych mężczyzn, ale szczęśliwe, kochane i zadowolone, niż jako królowe na tronach, pozbawione szacunku dla siebie i spokoju.

„Małe kobietki” to przyjemna, zabawna opowieść na chłodne wieczory z kubkiem ciepłego napoju, opowiadająca o siostrzanej i matczynej miłości. Historia z morałem starająca się udowodnić, że pieniądze szczęścia nie dają, choć potrafią uczynić wiele dobrego. W tym przypadku prawdziwym szczęściem jest kochająca rodzina, gotowa pomagać ubogim, mimo że sama jest doświadczona przez los. Być może jest to trochę idealistyczne podejście, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, ale potrzebujemy powieści traktujących o wartościach, oraz o dobrych i prostych ludziach. Małe kobietki mierzą się z różnymi przeciwnościami i pokusami, ale uczą się na swoich błędach i każda taka lekcja pozwala im wyciągnąć z siebie wnioski. Nagłe pogorszenie stanu materialnego nie sprawiło, że nagle zniknęły ich wszystkie pragnienia o pięknych sukienkach i przystojnych, bogatych kawalerach, ale zajęte pracą i pomocą swojej matce, coraz bardziej oddalają się od blichtru i próżności, pokładając wiarę w Bogu i w sile łączących ich wzajemnie relacji.

– Mylisz się. Zawsze będę starała się zmienić porządek rzeczy i oby było jak najwięcej takich ludzi, bo inaczej świat mody nie posunąłby się naprzód. Niestety, nigdy nie dojdziemy na ten temat do porozumienia. Ty bierzesz z życia to, co najlepsze, ale ja to, co najciekawsze. I dlatego wolę już pozostać „czarną owcą”.

Na Goodreads spotkałam się z opinią po angielsku, że jeśli tak jak mnie, spodoba Wam się buntownicza Jo, lepiej nie sięgać po kolejne części. I coś w tym jest. Mimo że pierwsze dwa tomy pokazują silne i coraz bardziej niezależne kobiety, ideałem wciąż pozostaje bycie dobrą żoną i matką. Nic w tym dziwnego, skoro pierwsza część ukazała się w 1868 r. Bohaterki z małych kobietek wyrastają na dorosłe kobiety i przyjmują na siebie różne role, choć wtłoczone w ten ideał. W takim świecie swoje miejsce znalazła również Jo.

Widzi pani, ludzie chcą, żeby ich bawiono, a nie prawiono kazania. Moralność się dziś nie sprzedaje.

Polecam! Przyjemna, niekiedy zabawna, opowieść z morałem, która pozwoli dobrze spędzić czas. W niektórych miejscach uniwersalna i wciąż aktualna. To jedna z tych lektur, które starają się udowodnić, że warto dążyć do bycia dobrym człowiekiem.

środa, 2 grudnia 2020

Einar Kárason – „Sztormowe ptaki”

Opis:

Rozpaczliwa walka islandzkich rybaków z bezlitosnymi siłami natury.

W samym środku zimy trawler Mewa wyrusza na połowy karmazyna w okolicach Nowej Fundlandii. Na pokładzie przebywa trzydziestu dwóch członków załogi. Błyskawicznie zapełniają ładownie i kiedy przygotowują się do powrotu do domu, następuje gwałtowne załamanie pogody – morze jest lodowate, a na konstrukcji statku zaczyna się odkładać lód. Szaleje wichura, dokucza siarczysty mróz.

Lodowy pancerz podtapia jednostkę, fala za falą przelewa się przez burty. Na pełnym morzu ludzie nie mają zbyt wielu możliwości ratunku. Ze statków przebywających na tych samych łowiskach docierają do nich sygnały s.o.s. Wszyscy walczą o życie.

Dzięki gęstej i pełnej napięcia narracji oraz historii opartej na prawdziwych wydarzeniach Einar Kárason wyznacza nowe ścieżki dla swojej twórczości.

https://wuj.pl/ksiazka/sztormowe-ptaki

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Kolejna książka z Serii z Żurawiem zabrała mnie na mroźne wody Nowej Fundlandii. Einar Kárason stworzył prostą w formie, ale bardzo przejmującą powieść, opartą na prawdziwych wydarzeniach. Wyprawa na połów ryb, dla załogi jedyne źródło utrzymania, zamienia się w niebezpieczną walkę o życie. Obserwujemy ją z perspektywy kapitana i innych członków załogi, którzy zostali zmuszeni do zmierzenia się z samą naturą. W tym miejscu przypomniał mi się „Terror” Dana Simmonsa. Choć tamta historia była bardziej złożona, również przytłaczała atmosferą, a lód mroził do szpiku kości. Obie książki poza czasem, powinny mieć w zestawie koc i gorący, parujący napój, który rozgrzeje czytelnika.

Matka już nic nie mówiła, pocałowała tylko syna, przytuliła do siebie, poprosiła Boga i los, by mu sprzyjali, nie wspomniała o złych przeczuciach, zwłaszcza że nie wypada zapeszać, gdy ludzie ruszają w daleką podróż. A zresztą, co ona tam wie o pracy na morzu czy niebezpieczeństwach czających się na wodach oceanu: matka nigdy nie trudniła się marynarskim fachem, choć przecież straciła ojca, brata i dziadka na morzu. Praca islandzkiego rybaka pełnomorskiego jest jak służba w wojsku podczas wojny.

„Sztormowe ptaki” czytało mi się bardzo dobrze i szybko. To lektura na jeden haps. Książka ma jedynie 123 strony. Tak się złożyło, że w trakcie czytania popsuła mi się pralka, więc dodatkowo miałam w tle odgłosy płynącej wody i zgrzyt metalu. Co prawda daleko tym dźwiękom do morza i pływającego na nim statku, ale i tak zrobił się klimat. Brakowało tylko niepogody za oknem.

Polecam! Książka z pewnością warta uwagi, zwłaszcza jeśli nie mamy za dużo czasu na lekturę.

środa, 11 listopada 2020

Riku Onda – „Pszczoły i grom w oddali”



Opis:

Liryczna opowieść o ludzkim geniuszu i potędze muzyki.

Trwają przesłuchania do międzynarodowego konkursu pianistycznego w japońskim Yoshigae. Dotychczas żaden z kandydatów nie zachwycił jurorów. Kolejnym uczestnikiem jest Jin Kazama, nikomu nieznany młody pianista z rekomendacją od jednego z największych wirtuozów fortepianu. Jego występ nie tylko wpłynie na przebieg konkursu, lecz także odciśnie głębokie piętno na życiu bohaterów tej historii…

Pszczoły i grom w oddali to wielowątkowa powieść z galerią fascynujących postaci. Dwudziestoletnia uczestniczka konkursu Eiden Aya – niegdyś cudowne dziecko fortepianu – wraca na scenę po śmierci matki. Masaru Carlos, Peruwiańczyk japońskiego pochodzenia, po wielu latach odnajduje osobę, dzięki której w dzieciństwie zapałał miłością do muzyki. Takashima Akashi – pracownik sklepu muzycznego – startuje w konkursie, by udowodnić coś sobie i innym.

W książce Riku Ondy, przepełnionej pięknymi opisami muzyki, splatają się losy wszystkich postaci, na jaw wychodzą kolejne fakty z ich przeszłości, a napięcie rośnie w miarę zbliżającego się rozstrzygnięcia konkursu.

Na podstawie powieści Pszczoły i grom w oddali w 2019 roku powstał film z udziałem Andrzeja Chyry Listen to the Universe w reżyserii Kei Ishikawy. 

https://wuj.pl/ksiazka/pszczoly-i-grom-w-oddali-1#oprawa-miekka-ze-skrzydelkami

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)

Rzadko zdarza mi się wyszukiwać szczegółowe informacje na temat autorów czytanych przeze mnie książek. W tym przypadku byłam ciekawa, jakie miejsce w życiu Riku Ondy zajmuje muzyka. Czy jest koneserką, czy może sama gra na instrumentach? A może i jedno i drugie? W czasie czytania „Pszczół i gromu w oddali” te pytania nasuwają się same. Wydaje mi się, że zupełny laik w tej dziedzinie nie byłby w stanie napisać takiej powieści. Tak przepełnionej muzyką i związanymi z nią emocjami, które wręcz wylewają się ze stron. Riku Onda wybrała konkurs fortepianowy jako najbardziej naturalną formę przedstawienia muzyki klasycznej. Mimo tego, że takie konkursy mogą być dla większości najzwyczajniej w świecie nudne, autorka wykracza poza muzykę, skupiając na przemyśleniach uczestników, jurorów, obsługi i widzów.

Co ciekawe, w pierwszym i drugim etapie eliminacji pochodzenie uczestników nie było tak wyczuwalne. Wprost przeciwnie. Często można było odnieść wrażenie, że postępuje proces ujednolicania świata, a wykonania stają się płaskie, takie same niezależnie od kraju. Jednak w trzecim etapie tło każdego z wykonawców stało się widoczne, w miare jak przesiano uczestników i pozostawiono jedynie tych, z najlepszą techniką. Albo inaczej: im ktoś jest lepszy, tym bardziej w jego wykonaniu uwidacznia się jego istota, jego korzenie.

Od czasu do czasu lubię posłuchać muzyki klasycznej, choć nie ma dla mnie znaczenia dokładny tytuł. Opus taki czy siaki. Częściej wybieram filmową czy instrumentalną jako „lżejszą”. W zależności od humoru wybór pada na fortepian, skrzypce lub wiolonczelę. Puszczam playlistę i odprężam się. W podobny sposób podziałała na mnie powieść. Było mi po prostu dobrze. Mała ciekawostka, za którą daję dużego plusa, to przygotowana lista utworów na Spotify do książki, zawierająca utwory zagrane podczas konkursu. W ten sposób „Pszczoły i grom w oddali” możemy poczuć wszystkimi zmysłami. Niewiele książek potrafi doprowadzać do synestezji. W mojej ocenie obudowanie muzyki namacalnymi krajobrazami przez wchodzenie w strefę wyobrażeń bohaterów urozmaicało powieść. Jednak zdaję sobie sprawę, że dla niektórych czytelników może być to oznaką przegadania. Zbyt abstrakcyjne podejście do tematu.

Masaru pomyślał, że muzyka była najlepszą formą człowieczeństwa. Choćby w człowieku było coś przerażającego, nieczystego, z tego błotnistego grzęzawiska, a nawet właśnie za sprawą tego bagna w stanie chaosu, wyrastał piękny kwiat lotosu – muzyka.

Zdecydowanie polecam! To opowieść o marzeniach, ludzkich słabościach, mierzeniu z presją otoczenia i dużych oczekiwaniach. Przede wszystkim to jednak opowieść o muzyce i radości, jaką ze sobą niesie.

niedziela, 30 sierpnia 2020

Hans Fallada – „Każdy umiera w samotności”

Opis:

Dowiedziawszy się o śmierci syna w wojnie prowadzonej przez Hitlera, Anna i Otto Quanglowie pragną wyrazić swój sprzeciw. Piszą antywojenne wiadomości na kartach pocztowych i podkładają je w ruchliwych miejscach Berlina. Cisi, rozsądni małżonkowie marzą, by ich poczynania wywołały wielki odzew, lecz nie wiedzą, że komisarz Escherich z gestapo już jest na ich tropie.

Hans Fallada w imponujący i poruszający sposób przedstawił opór zwykłych ludzi przeciwko nazistowskiemu systemowi. Obecne wydanie to pierwsze bez skrótów redakcyjnych, oparte na oryginalnym, autorskim maszynopisie.

https://soniadraga.pl/produkt/kazdy-umiera-w-samotnosci

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Na kolejne spotkanie DKK mieliśmy do przeczytania książkę Hansa Fallady. Już sam tytuł – Każdy umiera w samotności – jest bardzo wymowny i poniekąd już nastawia nas emocjonalnie na ciężką lekturę. Utwierdza nas w tym przekonaniu również czas i miejsce akcji. Niemiecki autor osadza fabułę swojej powieści w Berlinie podczas II Wojny Światowej. To miasto Hitlera i stolica toczącej się w Europie wojny. Równocześnie to miasto pełne zwykłych ludzi, którzy wierzą w wyjątkowość własnego narodu, podsycaną przez Führera i jego ludzi. Jednak nie wszystkim podoba się polityka panująca w nazistowskich Niemczech tamtych lat.

Nieliczni cywile ginęli pośród tego mrowia, byli pozbawieni znaczenia, bezbarwni na tyle tych wszystkich mundurów. Podobnie jak cywile na zewnątrz, na ulicach i w fabrykach, nigdy nie mieli wobec partii żadnego znaczenia. Partia była wszystkim, a lud niczym.

Wojna przynosi wszystkim strach. Nie jest to tylko strach o los synów idących na front, ale o własne życie w kraju, w którym praktycznie wszystko może zostać uznane za zdradę, jeśli godzi w panującą władzę. Mały błąd może łatwo doprowadzić do upadku, zwłaszcza jeśli maczali w nim palce inni ludzie. Donosicielstwo jest na porządku dziennym, co więcej, jest ono nagradzane. Nie dziwi więc, że część ludności robi to dla profitów, podczas gdy inna chroni siebie za murem bierności. Jednak nie dotyczy to wszystkich i o tym głównie jest powieść Fallady.

Nie pojmowali jeszcze, że w wojennych Niemczech nie ma już prywatnego życia. Żadne wycofanie się nie ratowało przed tym, że każdy Niemiec należał do ogółu Niemców i musiał współcierpieć niemiecki los – podobnie jak coraz częściej spadające bomby, nie wybierając, spadały zarówno na sprawiedliwych, jak i niesprawiedliwych.

Autor przedstawia nam losy Anny i Ottona Quanglów, którzy po śmierci swojego syna na froncie, zaczynają wątpić w słuszność wojny i politykę Rzeszy. Coraz częściej dostrzegają skazy w postępowaniu ludzi z kręgu Hitlera, a także ich negatywny wpływ na społeczeństwo, które wywołuje w ludziach najgorsze cechy. Bohaterowie, chcąc otworzyć innym oczy, zaczynają pisać kartki pocztowe skierowane przeciwko władzy. Na swój sposób kieruje nimi nieco romantyczna wizja, chcą sprzeciwić się systemowi i namówić do tego innych. Nie zdają sobie jednak sprawy, że walcząc o własną przyzwoitość, przysparzają kłopotów innym, a ich cel jest daleki od zamierzonego.

Zamiast tych jedenastu pojawiły się nowe twarze, a stary majster często się zastanawiał, czy ta cała jedenastka to nie są szpiedzy, czy nie jest tak, że połowa załogi podsłuchuje drugą połowę i odwrotnie. W powietrzu czuć było zdradę. Nikt nie mógł już nikomu ufać, a w tej okropnej atmosferze ludzie zdawali się bardziej na wszystko obojętnieć, stawali się niczym części maszyn, które obsługiwali.

„Każdy umiera w samotności” to powieść interesująca, choć w mojej ocenie, dość ciężka. Przede wszystkim przytłacza atmosfera ciągłego strachu, a przedstawiony świat jest głównie czarno-biały. Choć oczywiście zdarzają się wyjątki, malutkie iskierki nadziei w ponurym świecie. Niektóre rozdziały bardzo mnie zmęczyły. Głównie te poświęcone szwarccharakterom. Na uwagę zasługuje fakt, że autor napisał swoją powieść na podstawie akt sądowych i prawdziwej historii małżeństwa walczącego z reżimem.

Polecam!

niedziela, 26 lipca 2020

Umi Sinha – „Miejsce na ziemi”

Opis:

Pełna emocji i imponująca rozmachem opowieść o miłości i stracie, tożsamości i przynależności.

Dwunastoletnia Lila Langdon jest świadkiem rodzinnej tragedii – przy zaproszonych na wystawną kolację gościach jej matka wręcza ojcu prezent: ręcznie tkany, misternie wykonany obrus. Dziewczynka nie widzi, co dokładnie się na nim znajduje, ale efekt jest porażający – goście uciekają w popłochu, a ojciec zamyka się w swoim gabinecie, gdzie popełnia samobójstwo.

Ta tragedia kładzie kres jej dzieciństwu w Indiach i zmusza do wyjazdu do Sussex do ciotecznej babki Wilhelminy. Tu Lila postanawia rozwikłać rodzinną zagadkę – listy pisane przez babkę mieszkającą w Indiach, a także dzienniki jej ojca układają się w mroczną historię rodziny. Historię o miłości, namiętności, szaleństwie, zemście, konfliktach klasowych, ale przede wszystkim o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi.

Od najmroczniejszych dni brytyjskiego panowania w Indiach po następstwa pierwszej wojny światowej, Miejsce na ziemi opowiada o misternie splecionych losach trzech pokoleń i ich walce o wyzwolenie się spod ciężaru historii naznaczonej kolonialną przemocą. To dojrzała, wyważona i rozwijająca się w niepowstrzymany sposób powieść o tajemnicach – przemilczanych zdarzeniach, które decydują o naszym życiu.

https://marginesy.com.pl/sklep/produkt/133045/miejsce-na-ziemi?idcat=0

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)

Nie zawsze pamiętam, kto zainspirował mnie do przeczytania danej książki. Zwłaszcza jeśli minęło sporo czasu od momentu, kiedy dana pozycja trafiła na moją listę do przeczytania. Jednak do "Miejsca na ziemi" przekonał mnie wpis Blanki z bloga Kulturazja, który możecie znaleźć >>>tutaj<<< . Co by nie mówić, książka czekała na swoją kolej aż cztery lata.

Hindusi wierzą, że kiedy przekraczasz ocean - który nazywają kala pani, czyli czarną wodą - porzucasz swoją kastę, która określa twoje miejsce na ziemi: wskazuje, gdzie przynależysz i, co za tym idzie, kim jesteś. Stajesz się wyrzutkiem. Chociaż nie jestem hinduską, własne doświadczenie podpowiada mi, że to prawda.

Nigdy nie ukrywam, że bardzo kręcą mnie tematy azjatyckie. Moja fascynacja Japonią ewoluowała także na inne państwa, dlatego coraz częściej sięgam po literaturę z tej części świata. Nie ważne czy to powieść, czy reportaż, ważne by był klimat i egzotyka. Indie nie były dotąd obiektem mojego zainteresowania. Miejsce na ziemi jest więc pierwszą próbą literackiej podróży do tego kraju, którą uważam za bardzo udaną.

Od przybycia do Anglii wciąż zauważam, jak inni są tutejsi ludzie. Nigdy nie patrzą ci w oczy, tylko uciekają wzrokiem, jakby bali się pokazać, jacy są naprawdę. Nikt nigdy nie mówi, co rzeczywiście ma na myśli.

Umi Sinha tworzy interesującą powieść. Zawiła historia Langdonów pozwala przedstawić relacje brytyjsko-indyjskie sięgające kolonialnych korzeni. Troje narratorów, trzy perspektywy, trzy czasy, lecz mianownik ten sam - każdy szuka swojego miejsca na ziemi. Jak można się domyślić, z tego czy innego powodu swoje serce zostawiają w Indiach.

Niewiedza jest najgorsza, ponieważ do niej nie sposób przywyknąć. Nauczyłem się, że można przywyknąć do wszystkiego, jeśli się to zaakceptuje, jednak nie da się zaakceptować tego, czego się nie wie.

Motywy przedstawione w tej historii są uniwersalne. Problem przynależności, szeroko rozumianej tolerancji czy relacji swój - obcy, są takie same niezależnie od szerokości geograficznej. Sinha bawi się formą: od zwykłej narracji, po formę listów i pamiętników. Jeśli dodamy do tego całe spektrum barwnych postaci, otrzymujemy kawał dobrej powieści.

Zdecydowanie polecam!

środa, 20 maja 2020

Cecily Wong – „Diamentowa Góra”

Opis:

EGZOTYCZNA I LIRYCZNA OPOWIEŚĆ, KTÓRA W ZASKAKUJĄCY SPOSÓB ODSŁANIA ARKANA OKRUTNEJ KLĄTWY I TAJEMNICY.

Na początku XX wieku zamożny klan Leongów opuszcza Chiny i wyrusza na Hawaje, zostawiając prężnie działające przedsiębiorstwo.

Udaje im się uniknąć oblężenia przez japońskie władze, ale starożytna klątwa nie wypuszcza ich ze swoich szponów, podążając z nimi przez ocean.

Legenda głosi, że każdy człowiek przypisany jest jednej osobie na świecie. Czerwona nić magicznie łączy dwie połówki, niewidzialnie zaciskając się na sercach. Jeżeli ktoś wybierze inaczej, marny jego los. Pomyłka w doborze partnera nazywana jest supłem.

Jednak rzeczywistość nie sprzyja miłości. Pochodząca z biednej rodziny Amy musi wyrzec się płomiennego uczucia na rzecz małżeństwa z Bohaiem Leongiem, które zapewni jej godny byt. Ślub pociąga za sobą serię niefortunnych zdarzeń – upiorne morderstwa i różne formy obłędu.

Dwie dekady później, młodziutka i ciężarna Theresa, córka Amy jest jedyną szansą na ocalenie honoru klanu Leongów. Wszystko komplikuje spóźniony o 20 lat list…

Na tle magicznej i nieodgadnionej, ale bynajmniej nie bajkowej scenerii rozgrywa się spektakl miłości, szokujących kłamstw, okrutnych strat, heroicznych czynów i ogromnej nadziei. Marionetkami są członkowie klanu Leongów, a za sznurki pociąga widmo okrutnego uroku rzuconego na rodzinę.

FENOMENALNA SAGA RODZINNA, KTÓRA PRZEDSTAWIA HAWAJSKIE KRAJOBRAZY ORAZ CAŁY WACHLARZ OSOBOWOŚCI.

http://www.wydawnictwokobiece.pl/produkt/diamentowa-gora-2/

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Do zakupu e-booka (po promocji) zdecydowanie przekonała mnie okładka. Choć książka pojawiła się na mojej liście do przeczytania już jakiś czas temu, w ramach zbierania tytułów egzotycznej, najczęściej azjatyckiej literatury. Kiedy niedawno robiłam „porządki” tej listy, znacznie ją uszczupliłam. Z tych pozycji, które pozostały, większość to reportaże, ale znalazło się też kilka powieści, w tym „Diamentowa góra”. Nie wiedziałam, o czym jest książka, ale miałam chęć poczytać coś innego niż ostatnio, więc zaryzykowałam.

Nasz kalendarz był bardziej zapełniony niż kiedykolwiek w Guandongu – mieszkańcy Hawajów spotykali się przy byle jakiej okazji, wydawali przyjęcia tylko dlatego, że był piątek, że księżyc był w pełni albo dlatego, że była ładna pogoda.

Po okładce założyłam, że to tylko jakaś lekka książka o miłości. I zaskoczyłam się bardzo pozytywnie, ponieważ w trakcie czytania okazało się, że przedstawiona historia płynnie łączy różne gatunki. Saga rodzinna? Powieść obyczajowa? Powieść historyczna? Książka Cecily Wong ma w sobie cechy każdej z nich, przez co staje się bogatsza w swojej treści. A każdy czytelnik może znaleźć coś dla siebie. Jest napisana bardzo przystępnie, choć uczucie lekkości bywa w tym przypadku złudne.

Dzień poświęcony jej ojcu nie będzie dalej tak przebiegał i to ona musi popchnąć go do przodu. Ten jeden raz nie pozwoli ojcu zagubić się w psychozach członków tej rodziny, w ich głosach zawsze głośniejszych niż jego, w ich cieniach zawsze większych i ważniejszych.

I choć jednym z głównych motywów tej historii jest miłość, w dodatku przedstawiona na bazie chińskiej legendy o czerwonej nici, de facto daleko jej od romantycznych wizji nastolatek. Ta czerwona nić, przeznaczenie łączące ze sobą dwie osoby mimo wszelkich przeciwności, okazuje się źródłem problemów. Zwłaszcza jeśli dorzucimy do tego akcent rodem z historii o Kopciuszku, gdzie nowe szanse zapewnia siła pieniądza. Autorka z jednej strony tworzy wręcz baśniową atmosferę, jeśli chodzi o sferę uczuciową, z drugiej odziera ją ze znaczenia, udowadnia, że często nic nie jest takie kryształowe, czyste i piękne, jakie się wydaje na pierwszy rzut oka.

Mąż, który okłamał ją i zwiódł, który uciekł w śmierć, nie przejmując się czasem, przez jaki ona pozostanie jeszcze na tym świecie. Próbowałam nie myśleć o nim teraz, wiedząc, że to tylko pogorszy sprawę, wzbudzi we mnie gniew i wrogość. Ale nie mogłam przestać się zastanawiać, jak to jest kochać kogoś tak zawzięcie, że świat może pękać i walić się wokół ciebie, że wszystko, w co wierzyłaś, może okazać się kłamstwem, a ty mimo to nadal czekasz. Nadal czekasz, pełna nadziei, na kogoś, kto nigdy nie przyjdzie.

Mnie osobiście ujęła historyczna część tej powieści. Była ona co prawda tylko tłem dla rozgrywających się wydarzeń, ale doskonale komponowała się z konstrukcją fabuły i kreacją bohaterów. Poniekąd ukazywała, jak dość liczna grupa emigrantów z Azji pojawiła się na Hawajach, gdzie rozgrywa się akcja „Diamentowej góry”. Wyobrażałam sobie ten archipelag troszkę inaczej – przyznam dość stereotypowo i filmowo – jako rdzennych mieszkańców ubranych w spódniczki z trawy, staniki z kokosa, obwieszonych girlandami z hibiskusa, tańczących hula na czystych plażach otoczonych lazurową wodą. To lektura zmotywowała mnie do sprawdzenia, że według badań z 2008 r. populację Hawajów w 38,5% stanowią Azjaci. Dla porównania dodam rdzenni mieszkańcy to tylko 9%. Nic więc dziwnego, że kulturowo ten teren jest bardzo różnorodny. I pod względem wyglądu, jedzenia czy wierzeń.

Jak mogłam powierzyć takie słowa listowi? Jak mogłam wyjaśnić, że mój ojciec po raz pierwszy w życiu mnie o coś błagał – że po raz pierwszy w swoim życiu widziałam, jak płacze? A może jeszcze trudniejsze do wyjaśnienia, jeszcze bardziej zawiłe było to, że jego łzy w jakiś sposób na mnie wpłynęły. Poczułam na sobie ciężar całej swojej rodziny, widziałam wszystkie jedenaście biednych twarzy, które zastanawiały się: a gdyby to mnie przydarzyła się okazja uratowania rodziny, to czy tak łatwo bym ją odrzucił? Czy jedenaście żyć nie jest więcej warte niż jedno?

Jak już wcześniej wspomniałam powieść Wong to saga jednej rodziny, wokół której rozgrywają się wszystkie ważniejsze wydarzenia. Po przenosinach z Chin na Hawaje, dzięki swojej przedsiębiorczości i filantropii stali się nie tylko ważną częścią lokalnej społeczności, ale wręcz wyznacznikiem dobrobytu samym w sobie. Tego, co najbogatsze czy najlepsze. I jak w wielu tego typu historiach przeszłość miesza się z teraźniejszością, a pogrzebane w szafie trupy wychodzą na światło dzienne. Okazuje się, że wszyscy członkowie tej rodziny posiadają większe lub mniejsze tajemnice.

Moja mama słowami kreśliła swoje życie na nowo, manipulowała doświadczeniami, zmieniała motywacje. Teraz widzę, jak łatwo było jej żyć we własnej głowie. Nikt jej się tam nie czepiał, nikt nie mógł powiedzieć, że to nieprawda.

Polecam! Liczyłam na prostą i lekką historię, a otrzymałam całkiem interesującą lekturę. Zapewniła mi ona przyjemnie spędzony czas. Zmotywowała do pogłębienia tematu i poszukania dodatkowych informacji. No i tym samym trochę zniszczyła moje wyobrażenie na temat Hawajów. Nie żałuję. W ciemno zakładam, że skoro autorka sama stamtąd pochodzi, wie, o czym pisze.

niedziela, 17 maja 2020

Sally Rooney – „Normalni ludzie”


Opis:

Jedna z najgłośniejszych powieści 2018 roku!

Sally Rooney, nazywana Salingerem doby Instagrama, w Normalnych ludziach opowiada o trudnej miłości wplątanej w skomplikowane, zhierarchizowane relacje organizujące świat, w którym nastoletni bohaterowie muszą się odnaleźć. Rooney udowadnia, że o miłości nie napisano jeszcze ostatniego słowa.

Marianne i Connell żyją tuż obok siebie, choć pochodzą z dwóch różnych światów. Mieszkają w niewielkim mieście, jednym z tych, z których chce się jak najszybciej uciec. Chodzą do tej samej szkoły, ale na korytarzu mijają się bez słowa, unikają swoich spojrzeń, chociaż łączy ich więcej niż wspólne lekcje. Ukrywanie tej znajomości nie jest trudne, komplikacje zaczynają się wtedy, gdy między dwojgiem nastolatków budzi się uczucie.

Powieść Normalni ludzie nominowana była do Nagrody Bookera oraz otrzymała Costa Book Award w 2019 r. Ponadto stacja BBC ogłosiła, że historia Connella i Marianne zostanie przeniesiona na mały ekran, a adaptację wyreżyseruje Lenny Abrahamson.

https://www.gwfoksal.pl/normalni-ludzie-sally-rooney-sku8744b50edf22abb20af4.html

Moja ocena: Dobra (***)

Nie wiem, co sądzić o tej książce. Z jednej strony zdecydowanie mnie wciągnęła, z drugiej nie potrafię określić, czy bardziej mi się podobała, czy jednak nie. Przede wszystkim nie potrafiłam zżyć się z parą głównych bohaterów. Ich przeżycia i przemyślenia, zamiast mnie poruszyć, w wielu momentach wydawały mi się sztuczne i wymuszone. Książka porusza ważne tematy, dlatego tym bardziej ten fakt mnie irytował.

Marianne wiodła radykalnie wolne życie, dostrzegał to wyraźnie. Jego krępowały przeróżne obawy. Przejmował się tym, co o nim sądzą inni.

Sally Rooney próbuje odpowiedzieć na pytanie: Kim są normalni ludzie? Kogo można tak określić? W tym przypadku ci tytułowi „Normalni ludzie” to grupa osób wpisana w pewien schemat i hierarchię społeczną, której dane rzeczy ze względu na przynależność wypadają, inne zaś nie. To otoczenie decyduje, co jest dla nich właściwe, jak mają się zachowywać, jak prezentować, do czego dążyć. W skrócie – jak powinno wyglądać ich życie. Wszelkie odstępstwa od tej „normy” są zaburzeniem całego systemu, które należy piętnować.

Wszyscy za to muszą udawać, że nie zauważają, iż ich życie towarzyskie jest wyraźnie zhierarchizowane, niektórzy zajmują miejsca na samym szczycie, inni tłoczą się pośrodku, pozostali jeszcze niżej. Marianne czasem widzi się na dolnym szczeblu drabiny, czasem zaś całkowicie poza drabiną; nie podlega jej mechanizmom, jako że właściwie nie dba o sympatię innych ani w żaden sposób o nią nie zabiega. Z jej punktu widzenia nie jest oczywiste, jakie korzyści przynosi drabina tym, którzy znajdują się na samej górze.

Pod postacią Marianne i Connella autorka zderza ze sobą dwa bieguny. Dwójkę bohaterów, których z pozoru łączy jedynie zainteresowanie nauką i wysokie oceny w szkole. Nie wypada im się ze sobą zadawać, bo… ona jest outsiderką przekonaną o swojej inności, on zaś nieśmiałym przystojniakiem, którego wszyscy lubią i ten stan jest jedynym, jaki zna. Ich pozycje w szkole są z góry ustalone. Wszystko zmienia się, kiedy oboje wyjeżdżają z rodzinnego miasteczka i zaczynają studia.

Nieśmiałość Connella w rodzinnych stronach nigdy nie stanowiła większej przeszkody w jego życiu towarzyskim. Wszyscy bowiem wiedzieli, kim jest, nie musiał więc się nikomu przedstawiać ani próbować robić na nikim wrażenia. Jeśli już, jego osobowość wydawała mu się czymś zewnętrznym, była kształtowana bardziej przez opinie innych niż to, co sam indywidualnie robił lub wytwarzał. Teraz ma poczucie niewidzialności, nicości, braku reputacji mogącej mu kogokolwiek zjednać.

Rooney skupia się na oddaniu całego wachlarza emocji i uczuć, które budzą się w bohaterach. Ich postępowanie nie jest jednoznaczne. Często niedopowiedzenia i presja otoczenia sprawiają, że dana sytuacja wygląda diametralnie inaczej z perspektywy każdego z nich. Zwłaszcza, gdy w pewnym momencie ich role się odwracają – to Marianne bryluje w towarzystwie, a Connell musi się przystosować.

Gdy z nią rozmawia, ma poczucie całkowitej poufności. Mógłby jej powiedzieć o sobie wszystko, nawet najdziwniejsze rzeczy, a ona nigdy by ich nie powtórzyła, wie o tym. Przebywanie z nią na osobności jest jako opuszczenie pokoju z normalnym życiem i zamknięcie za sobą drzwi. Nie boi się jej, Marianne jest przy nim całkowicie wyluzowana, obawia się natomiast przebywania w jej towarzystwie ze względu na zastanawiający sposób, w jaki sam się przy niej zachowuje, ze względu na rzeczy, które mówi, a których normalnie nigdy by nie powiedział.

Polecam! „Normalni ludzie” ukazują drogę młodych ludzi w kierunku dorosłości, którzy z jednej strony chcą poznać siebie, z drugiej obawiają się odrzucenia przez grupę. Chęć przynależności w wielu momentach ich ogranicza, a czasem nawet wyzwala zachowania, które krzywdzą ich samych lub inne osoby. Książka jest interesująca i porusza wiele różnych tematów m. in. problem akceptacji, przemocy, używek. I choć Marianne i Connell są dla mnie zbyt przerysowani, doceniam całość tej historii. Zwłaszcza podkreślenie faktu, że wraz z upływem czasu, w dorosłym życiu, te szkolne problemy okazują się mało ważne.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...